Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biegi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biegi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lipca 2015

Bo to jest tak, że ja wolę dłuższe dystanse...


Zapisywałam się na Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich z drżącym sercem. Bałam się trochę o siebie, bo dawno nie biegałam niczego powyżej półmaratonu, a czekało na mnie 65 km, które w rzeczywistości okazało się 68 km, ale przede wszystkim bałam się o Alę. Od lutego funkcjonujemy jak naczynia połączone, a dystans jaki planowałam przebiec to przy mojej dobrej dyspozycji około 9 godzin biegu. Dla Ali plującej smoczkami i mającej odruch wymiotny na smak modyfikowanego mleka to około 9 godzin głodówki. Sami więc rozumiecie, że stresik przed startem był.

Okazało się, że niepotrzebnie.

Po pierwsze przygotowałam trochę swojego mleka (dziękuję Aniu za wsparcie techniczne), butelkę z wodą i modyfikowane mleko.

Po drugie całkiem dobrze przyłożyłam się do treningu podczas wakacyjnego pobytu w Szczawnicy.

A po trzecie, najważniejsze, Alina ma fantastycznego tatę, który dał radę!

To od początku.

Ze względu na fakt, że moja latorośl nie lubi mleka z proszku, postanowiłam, że pomaltretuję się laktatorem i odciągnę ze 2-3 butelki mleka o pojemności 125 ml. I o ile w domu to się udawało (tak, robiłam próbę), to w przeddzień startu, jakby źródełko wyschło. Kiedy Mała piła z piersi było ok, ale kiedy przystawiałam laktator, nic nie leciało. Może spowodował to stres, może zmiana miejsca pobytu... Nie wiem. Udało się uzbierać jedną butelkę mojego mleka, resztę diety musiało stanowić mleko z proszku i woda.

Jeszcze na linii startu próbowałam wcisnąć coś w Alę ale jak tu jeść kiedy dookoła tylu kolorowych biegaczy, z głośników leci "Mam tę moc" z Krainy Lodu przy której mimowolnie karmiącej podrygiwała noga.

Bezcenne było zdziwienie innych biegaczy kiedy po tym jak widzieli mnie karmiącą ujrzeli mnie na linii startu :) "To pani karmiła przed chwilą, a teraz biegnie"? "Tak." "A co z dzieckiem?" "Dziecko ma tatusia. Bardzo dzielnego tatusia".

Powiedziałabym, że dzielnego i obrotnego. Bo z tego co opowiadał, to za wiele się Alą nie zajmował. Co rusz znajdowała się jakaś chętna do pomocy ciocia. Nie ma jak podryw na dziecko...

A przechodząc do samego biegu...

Start odbył się o 6:00. Na termometrze jedyne 23 stopnie. W najgorętszym momencie biegu zegarek wskazał 32 stopnie. Jako biegaczka-wielbłąd, która raczej bierze łyka izo na punkcie i popija go łykiem wody, bilans płynno-wodny oceniam na bardzo wysoki. Podczas biegu wypiłam w sumie 2 bukłaki wody o pojemności 1,5 l (pierwszy - woda, cytryna, cukier i szczypta soli. Drugi - woda i izo). Na każdym z 5 punktów wypiłam też po kubku coli i na każdym z punktów napełniałam bidon wodą, by móc się nią polewać (głowa i kark).

Jeśli chodzi o jedzenie - dwa batony energetyczne i około trzech paczek ciasteczek bebe serwowanych na punktach.

Trasa z mojego punktu widzenia nie była trudna technicznie. Nie było miejsc niebezpiecznych czy zaskakujących. Przy odpowiednim skupieniu nie było mowy o kontuzji. Moim zdaniem krynicka sześćdziesiątka wygrywa z trasą w Lądku. Jak dla mnie jest bardziej urokliwa. Mniej biega się tam po asfalcie. Podczas sobotniego biegu miałam chwile, kiedy żałowałam, że nie założyłam moich asfaltówek.

Od startu w Szczawnicy, o którym pisałam tutaj popracowałam nad podbiegami. Zdecydowanie było warto. Trening z obciążeniem (Alą) przyniósł efekt. Miałam jednak problem ze zbieganiem. Nie umiałam swobodnie puścić się na trudniejszych fragmentach. Teraz trzeba wrócić i popracować nad zbiegami :-D

Generalnie trasę pokonałam zgodnie z planem - odcinki płaskie i zbiegi biegłam, a podbiegi pokonywałam szybkim marszem. Nie dałam ponieść się tłumowi na początku, dzięki czemu nie było kryzysu w trakcie. Skrzydeł dodał mi bufet w Złotym Stoku, gdzie spotkałam się z Mateuszem i Alą. A raczej z Mateuszem, bo Alą opiekowała się jakaś "ciocia" ;-)

Na mecie zameldowałam się po 9 godzinach i 55 minutach. To dłużej niż planowałam ale przy tej temperaturze to i tak nieźle, że dobiegłam. Na mojej trasie na 160 osób startujących, bieg ukończyło 118 osób w tym 20 kobiet.

W klasyfikacji kobiet dało mi to 6 miejsce, a w kategorii kobiet do 30 lat trzeci stopień na podium.

Na linii mety przywitali mnie uśmiechnięta Ala z Mateuszem i przyjaciele, którzy dzielnie walczyli na trasie Złotego Półmaratonu.

Ogłaszam sezon ultra 2015 za rozpoczęty!






























Ola




środa, 17 czerwca 2015

XLPLEkiden - bieganie w tropikach

W ostatnią niedzielę odbyła się bardzo ciekawa impreza - XLPL Ekiden - długodystansowy bieg sztafetowy.

Dystans sztafety maratońskiej XLPL odpowiadał dystansowi maratonu - 42 km i 195 m, a trasa biegu została poprowadzona po pętli o długości 5400 m wokół Jeziora Maltańskiego.

Wyjątek stanowiła długość pętli pierwszej zmiany, tu do pokonania było 4395 m.

Dystans podzielony został na 6 zmian w odpowiedniej kolejności: 4395 m + 10800 m + 10800 m + 5400 m + 5400 m + 5400 m.

Drużyny obowiązywał limit czasu wynoszący 4 godziny i 30 minut. Startowałam gościnnie w barwach miejsca pracy mojego męża (nie będzie kryptoreklamy ;D) na piątej zmianie, po Przemku, Wojtku, Mateuszu, Asi i przed Jakubem. Do przebiegnięcia miałam jedynie 5400 m ale wyzwaniem były wytyczne, które otrzymałam na miesiąc przed startem. Na swój odcinek otrzymałam limit 25 minut, któremu nie podołałam :/ Przebiegłam swój dystans w 25 minut i 7 sekund ;P

W klasyfikacji generalnej uplasowaliśmy się na 33 miejscu na 241 drużyn, a w kategorii drużyn mieszanych na 5/124! Stąd postanowienie, że w przyszłym powalczymy o pudło.


Organizację imprezy oceniam bardzo wysoko. Jedyne do czego można byłoby się doczepić to brak zabezpieczenia trasy (ale trudno w piękny czerwcowy weekend wymagać by zamykano dla kilkuset biegaczy całą Maltę) i tropikalna pogoda (na co organizatorzy raczej wpływu nie mięli).

Gdzieś znalazłam określenie tych zawodów jako "team building marathon". I szczerze powiedziawszy - trochę tak to działa. Czuję się zintegrowana! :)
Szczerze polecam Wam udział w tym biegu! Może za rok się pościgamy?

Ola

czwartek, 28 maja 2015

Deficyt biegaczek - krótka historia pokonanej przez korki

Dziś o 17:30 na stadionie Olimpii w Poznaniu odbyły się Mistrzostwa Poznania w biegu na 10 000 m.

Start w zawodach był bezpłatny. Grupa zapaleńców w porozumieniu z Miastem Poznań udostępniła stadion, profesjonalne urządzenia pomiarowe i poświęciła prywatny czas by każdy chętny biegacz mógł zmierzyć się z dystansem 10 000 m.

Niestety nie wystartowałam w tym biegu. Za późno wyjechałam z domu i najzwyczajniej w świecie spóźniłam się na start. Nie wiem czy innych biegaczy, a szczególnie biegaczki spotkało to samo, bo kiedy dojechałam na stadion z myślą, że puszczą drugą serię biegu, moim oczom ukazało się dosłownie kilkunastu biegaczy, w tym 2 dziewczyny. 

Co się stało? Dlaczego na stracie nie stawiły się tłumy? Gdzie Ci wszyscy chętni biegacze?

Czekając na finisz uczestników pierwszej serii zrobiliśmy z Alą i Mateuszem rodzinne kółko wokół Rusałki w tempie 5:30 min/km i tak rozgrzani skierowaliśmy się na stadion, gdzie chętnych na drugi bieg na 10 000 m było zaledwie troje, w tym ja...

Organizatorzy stwierdzili, że dla trzech osób nie będą przesuwać dekoracji zwycięzców pierwszego biegu o około godzinę (dekorowano pierwsze trzy kobiety i pierwszych trzech mężczyzn). Zaproponowano nam start na krótszym dystansie. Przystaliśmy na to - lepszy rydz niż nic ;) Dołączyło się do nas jeszcze dwoje zawodników, którzy mieli za sobą 10 000 m i w piątkę pokonaliśmy dystans 2000 m. Nie jestem demonem prędkości ale cieszę się z silniejszego treningowego akcentu w tym tygodniu. Udało mi się pokonać te 2 km w czasie 4:15 min/km.

Nasuwa mi się po dzisiejszym dniu kilka pytań. Przede wszystkim dlaczego tak mało chętnych wzięło udział w zawodach, w Mistrzostwach Poznania w biegu na 10 000 m?! O ile wśród mężczyzn było się komu ścigać, to kobiety nie zapełniły nawet podium. Czy to błąd w nagłośnieniu imprezy? Czy może wolimy biegać w terenie a nie na stadionie? Co tu nie zagrało?

Wiem jedno - chciałabym następnym razem wystartować ze wszystkimi. Nie dlatego, że miałabym miejsce na pudle (śmiem nawet twierdzić, że dziś powalczyłabym o srebro. Złoto zdecydowanie nie było w zasięgu - brawo dla Marty Andrzejewskiej), ale dlatego, że bieganie na stadionie z rywalizacją w tle to doskonała forma treningu. Nie ma tu miejsca na ściemnianie, nie ma wymówek, że trasa nierówna.

A... na końcu mąż cię jeszcze podsumuje (a widział wszystko), że źle rozegrałaś bieg bo zaczęłaś za szybko. A córka..? Ta na ładne oczy zgarnie prezent od organizatora... Taka sytuacja ;)
Ola

środa, 20 maja 2015

III Run for Veronika

Kochani!

Może ktoś z Was ma zaplanowany urlop w czerwcu w Krakowie? Jeśli tak, to proponuje Wam udział w biegu III Run for Veronika. Będzie to zarówno okazja do zwiedzenia części miasta "na biegowo", ale przede wszystkim okazja do pomocy chorej na mukowiscydozę Veroniki.



Bieg odbędzie się 19 czerwca 2015 roku. Trasa liczy 5 km wokół Krakowskich Błoń. Wpisowe w całości przeznaczone zostanie na zakup nowego inhalatora dla chorej na mukowiscydozę Veroniki. Biegając pomagamy! Szczegóły: https://www.facebook.com/events/1603584793193232/

wtorek, 19 maja 2015

Plany biegowe na najbliższe tygodnie

Już od jakiegoś czasu czułam potrzebę, żeby poukładać sobie w głowie tegoroczne starty. No dobra - familia też nalegała, żebym określiła się ze startami, bo pewnie wiecie jak ciężko uczestniczyć w życiu rodzinnym - urodziny, imieniny, śluby i inne - kiedy nie pamięta się kiedy jest bieg. Jest to też istotne pod kątem planowania budżetu...

Jak narazie rozpracowałam okres od maja do września. I tak powstała moja lista życzeń:

28 maja (czwartek), godz. 17.30 - Mistrzostwa Poznania w biegu na 10 000 m
14 czerwca (niedziela), godz. 10:00 - XLPL EKIDEN
20 czerwca (sobota) - Zielonka Ultra Maraton (trasa krótka - 43 km)
18 lipca (sobota) - Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich (trasa Ultra Trail - 65 km)
25 lipca (sobota) - Pogoń za wilkiem (10 km)
15 sierpnia (sobota) - Bieg Granią Tatr (jako kibic)/ Cross Sierakowski (15 km)
12 września - Krynica (66 km/ 100 km) - jeszcze nie wiem ;)
19 września (sobota) - Forest Run (23 km/ 50 km) - też jeszcze brak decyzji

A Wy? Jakie macie plany?
Ola




poniedziałek, 11 maja 2015

Chyżo na Durbaszkę - czyli festiwal biegowy w Szczawnicy

Po czym rozpoznać nałogowego biegacza? A ściślej mówiąc nałogową biegaczkę? Po tym, że tydzień po porodzie przez cesarskie cięcie zapisuje się na ponad dwudziestokilometrowy bieg górski, a dopiero po dokonaniu opłaty startowej zastanawia się jak to zrobi...

Do Szczawnicy przyjechaliśmy w nocy ze środy na czwartek. Tak wczesny przyjazd powodowany był przede wszystkim odległością, jaką dzieli Poznań od pienińskich szlaków. Nie wiedzieliśmy też jak najmłodszy członek teamu zareaguje na tak długi przykaz siedzenia w foteliku. Na szczęście poszło nad wyraz sprawnie.

W ramach festiwalu rozgrywane były cztery biegi - Niepokorny Mnich (96,5 km), Wielka Pehyba (43,3 km) - Mistrzostwa Polski w długodystansowym biegu górskim, Chyża Durbaszka (20,2 km) oraz  Hardy Rolling (6 km),

Nasza Chyża Durbaszka startowała o 10:30 w sobotę, dlatego mieliśmy aż dwa dni na aklimatyzację i rekonesans trasy.

Dystans jak i ilość przewyższenia Chyżej Durbaszki normalnie, w ciągu treningowym, nie zrobiłyby na mnie większego wrażenia, bo nie raz biegałam w górach na dłuższych i bardziej wymagających trasach. Jednak w związku z tym, że Alina przyszła na świat niecałe trzy miesiące przed startem, moje założenia odnośnie trasy nie były wygórowane. Chciałam zmieścić się w 2,5 godzinach. Wiem... W trzy miesiące to można już niezłą formę zbudować, a tu takie pobłażanie własnej osobie...

Trasa biegu wiodła przez rezerwat przyrody Biała Woda, ścieżką wzdłuż potoku mijając po drodze górujące nad doliną skały wapienne i bloki skalne. Następnie wbiegało (w moim przypadku człapało) się żółtym szlakiem na grań na przełęczy Rozdziele. Stąd już do końca bardzo przyjemnym, lekko wznoszącym, to opadającym niebieskim szlakiem. Początkowo granią Małych Pienin, z której roztaczały się niesamowite widoki - na Beskid Sądecki, Słowację, a przede wszystkim na ośnieżone Tatry! Na 12 kilometrze, w schronisku pod Durbaszką, znajdował się punkt żywieniowy, a tam woda, iso, coca-cola, banany, czekolada i pomarańcze. Dla mnie kubeczek coli i trzy łyki wody były spełnieniem marzeń! Najmniej przyjemny był odcinek prowadzący deptakiem nad Grajcarkiem. Na szczęście fragment po kostce  brukowej nie był długi (ok. 500-700 metrów) i nie popsuł ogólnego wrażenia :)

Na zdjęciu Marcin Świerc (Mistrz Polski w długodystansowym
biegu górskim) na tle Tatr. Nie, to NIE jest fotomontaż!
Gdybym chciała przekonać kogoś, kto nie miał jeszcze okazji biegać w górach do tego rodzaju aktywności, wybrałabym właśnie tę trasę, ten dzień i to towarzystwo (dziękuję Leszku za motywowanie i nawadnianie podczas biegu). Trasa, moim zdaniem, poprowadzona i oznaczona była rewelacyjnie, a widoki po prostu zapierały dech w piersiach. A to, że wszystkie trasy w pewnym momencie schodziły dla niektórych mogłoby uchodzić za minus trasy (mogło to generować tłok), dla mnie jednak być wyprzedzoną przez Marcina Świerca, Bartłomieja Gorczycę czy krzyczącego Kamila Leśniaka i możliwość chwilowego podziwiania sposobu ich biegania podczas zawodów, tylko dodało temu startowi smaczku.

Na mecie zameldowałam się planowo - 2:24:34.

Ania Celińska na szczęście mnie nie doszła. Złapałyśmy ją z Anią na wręczeniu nagród :)


Ania i ja z Mistynią Polski w długodystansowym biegu górskim
- Anną Celińską
Jedyne "ale" to brak sił na podbiegach. Gdybym więcej czasu poświęciła interwałom, skipom i przysiadom może uszczknęłabym z tego czasu kilka minut. Ale przynajmniej wiem nad czym muszę popracować przez najbliższe tygodnie...




Tak. Jestem uzależniona. Uzależniona od biegania. Od adrenaliny przed startem, uczucia euforii podczas biegu i szczęścia po przekroczeniu linii mety. Nie, nie zamierzam się leczyć i jeszcze raz "nie", nie zamieniłabym tej pasji na nic innego!




Ola



P.S.

To niesamowite że nie mam ŻADNEGO zdjęcia z trasy, a mój mąż i córka, którzy NIE BIEGLI obstawiają WIĘKSZOŚĆ galerii z biegu. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie! ;)

sobota, 2 maja 2015

Powolny powrót do gry

Pierwsze ściganie po urodzeniu Ali za mną. Jeśli ktoś kiedyś powiedział Wam, że po ciąży osiąga się lepsze wyniki - kłamał ;). Przynajmniej nie tuż po urodzeniu dziecka.

A na poważnie - za mną 8. Poznań Półmaraton (10 tygodni po porodzie) i Chyża Durbaszka w Szczawnicy (12 tygodni po porodzie).

W dniu wypisu ze szpitala na pytanie kiedy mogę na poważnie zacząć ćwiczyć lekarz odpowiedział "za 3-4 tygodnie, poczuje pani", kiedy sprecyzowałam, że chodzi mi o bieganie długodystansowe i ćwiczenia siłowe, między innymi z obciążeniem, zamienił tygodnie na miesiące. Zatem nie ma jakiejś magicznej granicy. Znów uważam, że należy wsłuchać się w swoje i ciało i nie szaleć.

Truchtać zaczęłam szybko, bo około 3 tygodnie po porodzie. Wcześniej nie miałam potrzeby, bo zawirowania z nowym członkiem rodziny skutecznie zajmowały mi czas i myśli. Na pierwszych treningach nie osiągałam ani zawrotnych prędkości ani odległości. Chodziło o to, by sprawdzić czy blizny (rodziłam przez cesarskie cięcie) nie dają o sobie znać. Lekko je czułam ale nie był to w żadnym wypadku ból, a co ważne, po treningu nie były bardziej bolesne czy opuchnięte. Mocniejsze treningi, tempo 5:30-5:00 min/ km przy dystansach do 10 km, rozpoczęłam mniej więcej 6 tygodni po porodzie.

Te kilkanaście tygodni to wbrew pozorom niewiele czasu by wystartować na 100% przygotowanym. I faktycznie czułam braki. Nie nastawiałam się oczywiście na żadne życiówki we wskazanych powyżej biegach. Poznański półmaraton chciałam pobiec poniżej 2 godzin, a Chyżą Durbaszkę poniżej 2,5 godziny. Oba cele osiągnęłam, co postawiło mnie przed przed pytaniem czy założenia nie były za słabe. Ale po fakcie nie ma co o tym rozmyślać.


Poznańska połówka poszła gładko. Nie napinałam się zbytnio. Chciałam startem sprawdzić czy nogi wytrzymają taki dystans w równym tempie. Po ciąży moimi najdłuższymi wybieganiami były 2 kółka nad Maltą, czyli 10,8 km. Nogi jednak niosły. Ostatecznie do mety dobiegłam w czasie 1:53:44. Ani razu nie wyszłam poza sferę komfortu, przez co mogłam delektować się atmosferą biegu. Przyglądałam i przysłuchiwałam się współbiegnącym, oklaskiwałam porozstawiane przy trasie biegu kapele. Podziwiałam jak wielu zamiast siedzieć przed telewizorem mierzy się z samym sobą.


W Szczawnicy, o której chciałabym napisać Wam więcej w oddzielnym poście, wiedziałam, że chcę pobiec mocniej. Jak już pisałam, moim założeniem było zmieścić się w 2,5 godzinach, a miałam do pokonania 20,2 km i ok. 900 metrów przewyższenia (+-). Nie przewidziałam jednak, że tak ciężko będzie mi się podbiegało. Zdecydowanie to element nad którym muszę teraz popracować... Na mecie zameldowałam się z czasem 2:24:34, więc planowo. Strefę komfortu odczuwałam na odcinkach płaskich i zbiegach. Podbiegi... ehhh... szkoda gadać...

Ale jak to się mówi - wracam do gry. Po obu biegach wiem nad czym pracować. Sezon dopiero się dla mnie zaczyna. Będę walczyć, bo to ostatni rok w kategorii K20 ;) 

Następny przystanek - Wings for Life World Run - jako kibic. W tym roku będę dopingować innych biegaczy, w szczególności Anię, Bruna i Grzesia. Moje wrażenia z zeszłorocznej edycji znajdziecie TUTAJ.

Jestem pewna, że Ania również podzieli się z nami swoim spostrzeżeniami o tym szczególnym biegu.

Ola

wtorek, 28 kwietnia 2015

8. Poznań Półmaraton - relacja z biegu w wersji duo

Mijają już ponad 2 tygodnie od 8. Poznańskiego Półmaratonu, a ja nie zmobilizowałam się wcześniej, by napisać jak się biegło.
Biegłam w wersji duo :)
A biegło się wspaniale! Brak jakiejkolwiek presji na wynik, ba - nawet na ukończenie biegu, naprawdę sprzyja temu, by w pełni delektować się tym dystansem. Sama jestem zdziwiona, że tak dobrze mi się tego dnia biegło. Ale może sekret tkwi w tym, że inaugurowałam 8 miesiąc ciąży, więc 8. Poznań Półmaraton był idealnym miejscem do świętowania tej okazji!

8. PP na 8 mc :)


A tak poważniej - jak pisałam wcześniej - miałam tylko dwa założenia: zacząć wolno i nie dać się emocjom, dzięki którym na starcie ma się odrzutowe tempo, którego jednak w drugiej połowie biegu nie da się utrzymać, co wielokrotnie kończy się wynikiem poniżej zakładanego; a po drugie - biegnę dopóki czuję się dobrze, a na jakikolwiek niepokojący sygnał schodzę z trasy i zamieniam w kibica. 

I mogę się pochwalić, bo wszystko mi tego dnia sprzyjało i zameldowałam się na linii mety z czasem 2:32:20! Utrzymałam średnie tempo biegu 7:09 min/km, czyli szybsze niż wynikało z treningów i dające spory zapas do limitu czasu. Po drodze nie doskwierało mi nic! Profilaktycznie na 10 km skorzystałam z toalety - nie umieściłabym takiej informacji w żadnej relacji z biegu, ale jak się okazuje dla biegających przyszłych mam, jest to jeden z istotniejszych mankamentów, dlatego piszę. Jest możliwy udział w biegu ulicznym bez obaw z tym związanych! Innym moim ciekawym spostrzeżeniem jest dużo mniejsze zapotrzebowanie na kalorie przy tempie biegu niższym niż nasze przeciętne startowe tempo. Zwykle na biegach od półmaratonu w górę startuję zaopatrzona w żele energetyczne, a na biegach górskich i ultra to już w ogóle nie przegapiam żadnego punktu żywieniowego i robię zawsze porządny popas. Biegnąc szybciej takie wspomaganie jest mi potrzebne. A teraz - podczas tego półmaratonu, który biegłam zdecydowanie wolniej niż zwykle, dodatkowe odżywianie okazało się zbędne. Przed 10 km zjadłam jeden żel i przez następne 2 km trochę mi ciążył i doskwierał pełniejszy żołądek. A że nie czułam żadnego spadku mocy, odcięcia sił czy też innych oznak wyczerpania, więcej się już nie skusiłam na żadne jedzenie. Piłam również mniej niż zwykle, ale po prostu nie czułam takiej potrzeby. Biegi miejskie mają to do siebie, że punkty regeneracyjne rozstawione są bardzo często (co 5 km), więc w większości przypadków nie ma obawy, że się odwodnimy lub zabraknie nam paliwa. Na trasie jest również mnóstwo życzliwych kibiców, którzy często sami oferują wodę lub izotoniki.

A jeśli o kibicach mowa to uważam, że w tym roku przeszli samych siebie! Biegnąc w zasadzie na końcu stawki miałam okazję podziwiać ich determinację w dopingowaniu tych, którzy nie mkną spektakularnie z oszałamiającą prędkością, a często przechodzą do marszu, zwalniają tempo lub walczą z głową, by nie zejść z trasy. Wtedy doping jest najbardziej potrzebny i poznańscy kibice spisali się rewelacyjnie. Na żadnym biegu nie usłyszałam tylu pozytywnych słów wsparcia i zagrzewających do biegu. Oklaski i okrzyki towarzyszyły nie tylko elicie, ale i tym, którzy biegają wolniej. Niesamowite było również poprzyglądać się innym biegaczom, na co nie zawsze się ma ochotę lub czas, kiedy biegnie się na życiówkę. Wtedy człowiek koncentruje się na sobie i swoim biegu, nie zauważając tej wspaniałej oprawy. Bardzo się cieszę, że pobiegłam teraz tak 'niezobowiązująco', bo właśnie dzięki temu mogłam spokojnie porozmawiać z innymi biegaczami, odwzajemniać uśmiechy kibiców i w pełni delektować się tą atmosferą. To jest cały urok biegów ulicznych!

Co ciekawe - mimo że biegłam ten półmaraton najdłużej w porównaniu z poprzednimi, to czas minął mi o wiele szybciej i nie miałam poczucia, że biegnę ponad 2,5 godz. Z pewnością jest w tym też zasługa mojego zająca, z którym całą druga połowę biegu sobie przyjemnie rozmawialiśmy wymieniając biegowe spostrzeżenia.
Szczęśliwa na mecie
Wielkim wsparciem, jak zawsze, byli moi Przyjaciele, których nie zabrakło i tego dnia. Mimo, że tym razem musieli na mnie dłużej czekać, na dodatek w dość wietrznej aurze. Dziękuję! 

Na koniec z uporem maniaka napiszę, że bieganie naprawdę nie ciąży, nawet w 8. miesiącu ciąży! Pod warunkiem, że... czujemy się z tym komfortowo. I psychicznie, i fizycznie. Nie będę nikogo namawiała, do biegania wbrew sobie. Uważam natomiast, że wbrew powszechnej opinii - taka aktywność zdrowej kobiecie nie szkodzi. Niektórzy pytali: "co na to lekarz?". Niestety, nie spotkałam do tej pory lekarza (ginekologa), którzy miałby naukową wiedzę i doświadczenie w tym zakresie, by się wypowiadać. Mam natomiast szczęście, że moim partnerem jest lekarz (internista), który profilaktykę przedkłada nad leczenie objawów i zamiast powtarzać teorie sprzed 30 lat i starsze, wnikliwie analizuje aktualne zalecenia WHO i dzisiejszy stan wiedzy, i... sam mi w tym bieganiu towarzyszy! 

Rodzina w komplecie: Grzegorz, Ania i Bruno :)

 To miał być ostatni mój start w zawodach przed narodzinami Bruna, ale... nie mogłam się powstrzymać (mój wewnętrzny biegacz też nie!), więc do zobaczenia w niedzielę na Wings For Life World Run. Biegniemy w rodzinnym komplecie!

Do zobaczenia!

Ania









piątek, 10 kwietnia 2015

Do startu, gotowi? - Poznański Półmaraton

Biegaczki gotowe na pewno! 


Nie mogę się doczekać, bo jest to nasz z Olą pierwszy wspólny start w zawodach w tym roku.
I oczywiście nie ostatni. Cieszę się na taką inaugurację sezonu startowego. U mnie, na chwilę (oby tylko!) z małą przerwą do lata, ale od lipca będzie już jak zwykle, czyli Biegaczki będą dużo biegać!

Plany na niedzielę? Jedni będą siedzieć i pić kawę, a my zmierzamy się z trasą 8. Poznańskiego Półmaratonu. W poznańskim półmaratonie debiutowałam - był to mój pierwszy start w zawodach i stąd mam do tego biegu ogromny sentyment. Dlatego i w tym roku nie chciałam ze startu zrezygnować. Pierwszy raz obawiam się czy zmieszczę się w limicie czasu - ciekawe uczucie. Biorąc pod uwagę średnie tempo z ostatnich "treningów" (czyt. truchtań) mam 20 min zapasu. I bardzo nie chcę być pasażerem mikrobusa z napisem "Koniec Półmaratonu". I pierwszy raz nie złościć się o długą kolejkę po piwo na mecie :) I naiwnie sądzić, że przed strefą masażu pojawi się tabliczka: "ciężarne i karmiące biegaczki - wstęp poza kolejką". Może kiedyś... jak będę Biegającą Babcią :)

Wszystkie znaki na niebie i brzuchu wskazują jednak, że mam szansę być finiszerem tego biegu i poczuć moje ulubione endorfiny na mecie. Zabawę może popsuć tylko mój współlokator, jeśli w trakcie mu się znudzi. Może uda się go przekonać słodkimi żelami i przyjemnym bujaniem, że warto bieg kontynuować. I takim to sposobem przekazuję pałeczkę i biegowego bakcyla kolejnemu pokoleniu. Do tej pory stanowiliśmy dobrany startowy i treningowy duet, więc liczę, że i tym razem nasz team się sprawdzi!

Jaki mam plan? Po pierwsze przebiec! Trzymać się żelaznej dla mnie zasady, teraz jeszcze bardziej istotnej - zacząć powoli, nie dać się ponieść emocjom. Rozpędzamy się dopiero po 10. kilometrze. Moje średnie treningowe tempo to aktualnie ok 7:30 (w porywach do 7:40 wliczając przerwy na toaletę...). Półmaraton zatem ciągle w zasięgu - główny cel to ukończyć bieg. Nawet metodą mieszaną marszo-truchtu. Z wyliczeń tabeli międzyczasów wynika, że mogę sobie pozwolić nawet na tempo 8:31 min/km, co jest odpowiednikiem ok 7 km/godz. Czyli dla przeciętnego biegacza bardzo powoli.

Po drugie - jeśli się okaże, że porywam się z motyką na słońce, to zamieniam się w kibica i dzielnie kibicuję Oli. I cierpliwie czekam na lato, kiedy to będę mogła znowu biegać bez balastu.

Niezależnie od wszystkiego czekam z radością na tą niedzielę, bo atmosfera zawodów jest zawsze niesamowita - czy to w roli Biegaczki czy kibica, zamierzam się dobrze bawić!

Tym z Was którzy startują życzę przyjemnego biegu!

Ania 

czwartek, 6 listopada 2014

Pierwsza nieśmiała myśl o startach w 2015 roku

Czekoladowe Mikołaje na półkach sklepowych zwiastują zbliżający się nieubłaganie koniec 2014 r. Pomimo, że na podsumowanie biegowych wyczynów Biegaczek jeszcze przyjdzie pora, to sądzę, że już powoli można  myśleć o planowaniu kalendarza biegowego na 2015 rok.

Jako, że najmniejsza biegaczka pojawi się (według wszelkich prognoz) dopiero w połowie stycznia, moje plany startowe układam dopiero od kwietnia. Mam świadomość, że pierwsze przebieżki będą przypominały bardziej "przeczłapki", więc niepełne trzy miesiące treningu mogą być nie lada wyczynem tak jak pokonanie pierwszego zaplanowanego dystansu w zadowalającym tempie.

Na samą myśl o pierwszym treningu z Anią mam gęsią skórkę... i purpurę na twarzy... z zażenowania :)

A..., żeby nie było, że jeszcze przed urodzeniem dziecka pretenduję do tytułu Najbardziej Wyrodnej Matki Na Świecie, która zamiast opiekować się latoroślą planuje hasać w różnego rodzaju biegach, informuję wszem i wobec, że zawarłam z mężem układ, że 24 miesiące od porodu jako rekompensata (chyba) niebiegania w 2014 roku, mam pierwszeństwo w wyborze startów. On w tym czasie będzie opiekował się Młodą.

A zatem do dzieła! Moje plany na 2015 r.
  1. 12.04.2015 r. - 8 Poznań Półmaraton - coś na dobry początek. Zapisy startują 15.12.2014 r.
  2. 03.05.2015 r. - Wings For Life World Run, o którym pisałyśmy TUTAJ. Postaram się, by był to stały element mojego kalendarza biegowego, bo uważam, że warto łączyć przyjemne z pożytecznym!
  3. 08-09.05.2015 r. - Ultra Cross Gwint, o którym pisałyśmy TUTAJ, tym razem bez obciążenia ;)
  4. 05.06.2015 r. - Bieg Rzeźnika - jeśli organizatorzy nie przedobrzą z wysokością opłaty startowej i jeśli uda się zapisać...
  5. 04.07.2015 r. - VI Supermaraton Gór Stołowych, o którym pisałyśmy TUTAJ. Na stronie biegu znajdziecie również informacje o pierwszej zimowej edycji biegu, która odbędzie się 31.01.2015 r. Dla mnie to jeszcze za wcześnie ale może Wy się skusicie..?
  6. 11-13.09.2015 r. - Festiwal Biegowy Krynica-Zdrój - i może moja pierwsza stówka..?
  7. 24.10.2015 r. - II Półmaraton Rudawy Janowickie.
Tak wygląda mój ogólny zarys planu na 2015 r., a Wy, co planujecie? Jakie są Wasze pomysły na rozbiegany rok 2015?
Ola

wtorek, 28 października 2014

Poznaj Poznań Nocą - jak zacząć przygodę z bieganiem na orientację?

Większość z nas rozpoczęło okres roztrenowania. Nie musi to jednak oznaczać definitywnego, kilkutygodniowego bądź kilkumiesięcznego odstawienia butów biegowych w kąt.
żródło: poznajpoznan.com

Ten czas można wykorzystać na zdobywanie nowych biegowych doświadczeń, próbując na przykład sił w bieganiu z mapą.

Doskonałą okazją ku temu będzie cykl biegów na orientację "Poznaj Poznań Nocą".

Biegi organizowane co miesiąc w jesienne i zimowe wieczory, nie powinny nadwyrężyć Waszych mięśni, bowiem dystanse na których są organizowane wahają się od 2,2 km* (trasa "Początkujący") do  3,5 km* (trasa "Elita"). Nie powinny również nadwyrężyć Waszych portfeli - opłata za bieg uiszczona minimum 3 dni przed biegiem to 10 zł (+2 zł za wypożyczenie chipu) albo 15 zł (+ 2 zł za chip) w dniu biegu. Można również opłacić jednorazowo wszystkie 6 startów, co kosztować nas będzie 50 zł.

Cykl imprez na 2014 i 2015 rok pozwoli Wam (nam) lepiej poznać Poznań, w tym między innymi Ostrów Tumski (29.10.2014 r.), Osiedle Wichrowe Wzgórze (10.12.2014 r.) czy Cytadelę (11.02.2015 r.)

Już jutro pierwszy bieg w moim zdaniem najbardziej urokliwym miejscu - Ostrowie Tumskim. Gdybyście mieli ochotę spróbować  w nim swych sił, to ostatni dzwonek na zapisy.

Formularz zgłoszeniowy otwarty do 28.10.2014 r. do godziny 18:00 znajdziecie TUTAJ, natomiast TU znajdziecie komunikat startowy z wszelkimi niezbędnymi informacjami. 

Ja startuję, a Ty?

Ola

* wariant optymalny pokonania danej trasy


piątek, 26 września 2014

Forest Run - relacja

Część z Was już wie, że w ostatnią sobotę w Wielkopolskim Parku Narodowym odbył się bieg Forest Run. Z relacji Mateusza wiecie też jak trenować, by stanąć na podium. Ja z kolei napiszę jak wyglądała trasa długa (44 km) i jakich błędów się wystrzegać, by bieg był przyjemnością a nie męczarnią.

Gotowa do startu!
Kilka tych błędów popełniłam, ale od początku... Bieg odbywał się pod Poznaniem, w naprawdę bardzo ładnej biegowo okolicy. Idealnej treningowo. Dlatego też zapisując sie na niego pomyślałam, że zawsze można te zawody potraktować jako długie wybieganie, a nie rywalizację i niezależnie jaka będzie moja forma, wystartować warto! Blisko, ładna trasa, a co najważniejsze - zebrała się spora grupa Przyjaciół, którzy też startowali w tym biegu. Wiem, że gdybym nie pobiegła to bym bardzo żałowała - zawsze tak mam, że gdy w weekend widzę np. z okna samochodu czy tramwaju biegacza, to od razu mu zazdroszczę. Dlatego przezornie na bieg się zapisałam. A że wolę dystanse długie - na trasę 44 km. 

Która wyglądała tak:
źródło: forestrun.pl
Przewyższenie trasy to ok 350 m w górę i tyle samo w dół.

Najbardziej wymagające na trasie nie były wcale podbiegi i urozmaicenie terenu bezpośrednio w parku, ale te odcinki, które wiodły przez małe miejscowości i między polami - w pełnym słońcu. To mi doskwierało najbardziej. Wysoka temperatura osłabiła moją czujność i w rezultacie piłam i jadłam podczas biegu o wiele za mało. W ten sposób tylko połowę trasy przebiegłam w dobrym tempie i formie. Do 10 km utrzymywałam tempo ok 5:30 min/km, później do ok 22 km było to 6 min/km, czyli ciągle w okolicach tempa moich długich wybiegań. I do tej pory było całkiem przyjemnie. I najchętniej napisałabym Wam, że reszta jest milczeniem, ale w końcu nie po to piszę bloga. 

Dalej był trzeci bufet, na którym zabrakło kubków do picia (ale szybko poradzilismy sobie robiąc krótkie mycie naczyń i udowadniając, że plastikowe kubeczki nie są jednorazowe!) i na którym nie było bananów! Rozpieszczona po ostatnich biegach górskich, nie doczytałam w regulaminie, co będzie na którym punkcie dostępne i to był mój duży błąd. Znając siebie i wiedząc jakim jestem podaczas biegów głodomorem, powinnam była to dobrze przeanalizować i nie wybierać sie na te 44 km z zapasem tylko dwóch żeli energetycznych. A akurat odcinek pomiędzy trzecim a czwartym bufetem prowadził przez niezadrzewioną okolicę. Umęczyłam się okropnie i to tam po raz pierwszy w swojej karierze biegowej doświadczyłam demotywacyjnych podszeptów własnej głowy. Tak źle i tak gorąco to mi dawno nie było! Czasami udawało mi się przegnać te myśli, ale im mniej cienia, tym ich było więcej. Przydałałaby się czapka z daszkiem!

Za to w czwartym bufecie impreza na całego - stoły uginały się od ciastek, czekolady, bananów i kubków, na które pozakładane były ćwiartki pomarańczy. I weseli wolontariusze namawiający, by nie biec dalej a zostać z nimi. Mieli dobrą zabawę i naprawdę były to kuszące propozycje!

Dalej trasa wiodła z powrotem w parku, więc było nieco chłodniej i przyjemniej. Biegliśmy brzegiem jeziora (wcześniejsze fragmenty też prowadziły wzdłuż jezior), co było niesamowią pokusą. Najchętniej bym się wykąpała. Paru biegaczy podzieliło się z innymi taką samą myślą - każdy z nas na widok jeziora reagował tak samo - ale fajnie byłoby się wykąpać!

Najlepszy moment biegu to ok 43 km, gdy z naprzeciwka ujrzałam mojego tatę! Postanowił wyjść mi naprzeciw po tym, jak wszyscy się niecierpliwili kiedy wreszcie dobiegnę i będzie można się relaksować a nie wystawać tak na tej mecie nie wiadomo ile! Tata wraz z resztą biegowych Przyjaciół wybrał udział w trasie krótkiej i czekali już tylko na mnie. Padło krótkie: "Będziesz moim zającem?"; tata: "No to dawaj!" i pobiegliśmy. Ten rodzinny finisz możecie podziwiać póki co na naszym profilu na fejsbuku, a jak tylko dostanę plik, to filmik tu zaprezentuję. Sentymentalnie to zabrzmi, ale to była jedna z piękniejszych chwil tego biegu!

Na metę wbiegłam z czasem 5:06, czyli 36 minut później niż zakładałam..., ale za to z dobrą lekcją pokory i wnioskami na kolejne biegi. Nic tak nie uczy przecież jak własne błędy:
  • błąd nr 1 - zbagatelizowałam ten start porównując go do niedzielnego wybiegania. Przecież ja nigdy nie zrobiłam ponad 40 km niedzielnego wybiegania!!!
  • błąd nr 2 - skoro dotąd nawet na płaskie maratony zabierałam bidon z piciem (wyjątkiem był Berlin, ale tam miałam idelaną obstawę kibiców i perfekcyjną logistykę) to dlaczego w tym biegu postanowiłam wystąpić bez? Nie wiem. Jedyne co mi przychodzi do głowy to może to, że planowałam zrobić jakiś eksperyment. Nie polecam. Nie na długiej trasie.
  • błąd nr 3 - brak nakrycia głowy przy takim słońcu. Błąd, którego już więcej nie powinnam popełnić, ponieważ w losowaniu po biegu wygrałam czapkę z daszkiem marki Arc'teryx. W bardzo ładnym odcieniu granatu, czyli dla wtajemniczonych - ultramaryny. Idealnie dopełnia mój różowy biegowy outfit!
  • błąd nr 4 - w kolejności popełniania był błędem początkowym, ale nie wiem czy miał decydujący wpływ na bieg. Ponoć nie powinno się robić ostrych treningów po saunie czy innych zabiegach relaksacyjnych. Otóż, ja w piątek skorzystałam z komory antygrawitacyjnej (o tym w oddzielnym wpisie) i zastanawiam się czy to również mogło wpłynąć na komfort biegu.
  • błąd nr 5 - po tak intensywnym sezonie biegowym (którego jeszcze nie skończyłam) i po ostatnim starcie w Jakuszycach, gdzie też już czułam nieco spadek formy, rozsądniej byłoby wystartować na dystansie krótszym. To też dobra nauczka na kolejny sezon, który przecież już niebawem zacznę planować.
Komfort to zdecydowanie to, czego mi w tym biegu zabrakło. Ale był to pierwszy bieg, w którym wystartowali wszyscy moi biegowi Przyjaciele, którzy mogli, a Ci, którzy nie biegają (lub póki co nie biegają) zjawili się na mecie. Mieć ich wszystkich wokół siebie tego dnia - bezcenne! Mogłabym znowu się tak wymęczyć, by potem siedzieć z nimi przy ognisku, śmiać się i wspominać bieg!

Nie obyło się też bez scen zazdrości. A to dlatego, że w Forest Run startował również Darek Strychalski - niedawny finiszer biegu Badwater, o którym pisałyśmy TUTAJ.


Darek zdradził nam plany związane ze swoim kolejnym biegowym pomsyłem, który tym razem będzie realizował w Polsce. O tych planach napiszemy niebawem.

A my nie mogłyśmy się z Olą powstrzymać, by nie złożyć Darkowi urodzinowych życzeń:

Scenę tę zazdrosny obswrwator skomentował tak: "wystarczy przebiec Badwater, a dziewczyny już robią sobie z tobą zdjęcia!". No... - wystarczy!

Do zobaczenia na Forest Run za rok!
Ania








środa, 24 września 2014

23 km przyjemnego crossu...

czyli nie tak krótka historia o tym jak w 4 tygodnie można dojść z płaskich 10 kilometrów przebiegniętych po 4:40 min/km z wywieszonym jęzorem i tętnem pod 85% HRmax do 23 kilometrowego crossu po 4:10 min/km.


zdjęcie zaczerpnięte ze strony forestrun.pl
Po dobrze przetrenowanej końcówce zimy i wiośnie, której efektem był Ultra Gwint czyli 55 km w terenie w 4 h 15 min (biegaczki: pisałyśmy o nim TUTAJ) przyszło lato - a w lecie upały, mocno nieregularny trening przy braku jakiejkolwiek motywacji i totalny brak wyników. Mimo tego w sierpniu pojawił się mglisty plan by przygotować się w miarę solidnie do jakiegoś rozgrywanego we wrześniu. Traf padł na Forest Run, czyli organizowany przez ekipę Poco Loco 23 km trailowy bieg po najciekawszych szlakach Wielkopolskiego Parku Narodowego, czyli tuż pod domem. Tylko jak tu przygotować się w półtora miesiąca do ponad półtora godzinnego biegu tak by przebiec go na MAKSA i mieć z tego satysfakcję?

Po pierwsze - trzeba zrobić jakąś bazę do solidniejszego treningu.
Rozsądek i doświadczenie podpowiadały, że najlepiej byłoby wybrać się na tygodniowy trekking w Alpy albo przebiegać luźno dwa tygodnie poświęcając codziennie na to co najmniej godzinę. Jednak w tym roku plany urlopowe były takie, że 8 dni spędziłem pedałując przez kraj naszych wschodnich sąsiadów. Jak się okazało 600 km na siodełku rowerowym w zupełności wystarcza do tego by zbudować porządną bazę do mocnego treningu.

Po drugie - trzeba mocno przebiegać kolejny okres.
W szczegółach wyglądało to następująco:

Tydzień I, 25 – 31 sierpnia.
1h 10 min na ergometrze wioślarskim w dwóch podejściach, raczej mocno bo na 80% HRmax. Dlaczego ergometr ? Nogi i serce to z pewnością najistotniejsze przy bieganiu mięśnie ale brzuch, plecy i ramiona też odgrywają swoją niemałą rolę. Jeden porządny trening rowerowy i trochę człapania. Łącznie biegu 45 km, łącznie treningu 8 h 40 min.

Tydzień II, 1 – 7 września

Zaczyna się porządna robota.

  • Poniedziałek z ranna lekkie rozbieganie (7 km) a wieczorem 12 km ze średnią 80% HRmax, w tym siła - 5 x 300 m PB i cztery przebieżki po 500 m w tempie 4 min/km.
  • Wtorek II zakres – 10 km po 4:20 min/km.
  • Środa rest.
  • Czwartek 10 km w tym 2 x 600 m i 1 x 1000 m w trupa (tempo wychodziło po jakieś 3:20 min/km).
  • Piątek 13,5 km w tym 5 x 300 m PB i 4 x 500 m całkiem szybko.
  • Sobota 20 km po 4:38 min/km – jeden z kluczowych treningów, zmęczone nogi poprzednimi treningami więc przy braku świeżości po 30 min zrobiłem 2 x 20 min solidnego biegu (tempo podczas tych odcinków to jakieś 4:15 min/km).
  • Niedziela rest, czyli 6 km rozbiegania i 10 min na ergometrze. Łącznie 78,5 km.
Tydzień III, 8 – 14 września

  • Poniedziałek 0 km– niedzielny rest nie przyniósł zamierzonego efektu, więc trzeba zrestować kolejny dzień.
  • Wtorek rano i popołudniu po 45 min na rowerze, wieczorem 14,5 km ciągłego po 4:18 min/km – pierwsza oznaka, że trening oddaje, serce pompuje jak trzeba i jest się z czego wybijać.
  • Środa kolejne dwa 45 minutowe rozjeżdżenia na rowerze a wieczorem 14 km, w tym 5 x 300 m PB i 3 x 800 m szybkiego biegu.
  • Czwartek – zaczęło boleć tu i ówdzie więc rest.
  • Piątek – nadal boli, więc kolejny rest.
  • Sobota – dosyć restu, 13,5 km rozbiegania po 4:40 a zaraz po tym 5 km wokół Rusałki na maxa wyszło po 3:45 min/km. W ramach promowania poznańskiego maratonu wpadł nad Rusałkę Paweł Czapiewski - rekordzista polski na 800 m, który aktualnie wraca do biegania i zamierza przebiec pierwszy w życiu maraton. Zaproponował Poznaniakom by zrobić wspólny akcent treningowy – czyli 5 km wokół Rusałki. Skorzystałem z okazji i przebiegłem przed Pawłem pierwsze 800 m :) , potem było gorzej i Czapi skończył okrążenie wokół jeziora jakieś 30 sekund przede mną.
  • Niedziela – kolejny akcent, czyli III Bieg Libra Biegaj z Nami, znów pod domem i 8 km po 3:57 min/km i czwarte miejsce w generalce. Łącznie 55 km i 66 km roweru.
Tydzień IV, 15 – 20 września

  • Poniedziałek – 9 km rozbiegania.
  • Wtorek - siła czyli 8 km, 550 m w górę, przy okazji wizyty w Jeleniej Górze skoczyłem w Sokoły by zrobić parę solidnych podbiegów.
  • Środa – rest.
  • Czwartek – siła, 10 km w tym 4 x 300 m PB.
  • Sobota – start w Forest Run.
Uwagi ogólne do treningu.
Wszystkie treningi poza tym z podbiegami były biegane w terenie, próbując tak dobierać ścieżki by nie było lekko. Skoro docelowy bieg ma się odbyć po trasie gdzie na każde 10 km przypada 100 m podbiegów, a podłoże nie zawsze jest twarde i przyczepne. W związku z czym trening na asfalcie pod ten konkretny bieg nie dość, że niezdrowy to jeszcze kompletnie nieprzydatny. Oczywiście 20 km przebiegnięte po lesie w Wielkopolsce to nie to samo co wbieg na Kasprowy i zbieg do Kuźnic ale z pewnością serce nieco szybciej bije gdy biegniemy w tempie 5 min/km po leśnej ścieżce a niżeli gdy biegniemy w tym samym tempie po asfaltowej drodze.
zdjęcie zaczerpnięte ze strony forestrun.pl
Jeżeli idzie o siłę, którą robiłem w formie podbiegów to ja zdecydowanie preferuję bieżnie w siłowni. Wiem, że nie wszyscy lubią przebierać w miejscu niczym chomik na kołowrotku ale ja przynajmniej nie posiadam blisko domu 300 m odcinka z dziesięciostopniowym nachyleniem. Do tego dochodzi element, który nazywam pędem bieżni. Polega to na tym, że jak zaczynam na bieżni 4 lub 5 podbieg i ustawiam na nim tą samą prędkość jak przy pierwszym czy drugim podbiegu, czyli 15 km/h, to wiem, że jak już będę po 150 m i ledwo będę dyszał, to dopóki nie przebiegnę tych wirtualnych 300 m, dopóty nie zwolnię bo zwyczajnie nie będę mieć siły na majstrowanie przy przyciskach. W terenie przy podbiegach na dużym zmęczeniu, nie raz głowa była górą i na końcu zwalniałem – a bodziec mięśniowy nie był już tak dotkliwy.

Rest – przy dwóch tygodniach, w których każdy trening to niemalże akcent to naprawdę istotne by się wysypiać i dobrze najadać.

Zapomniałem napisać – w opisane powyżej tygodnie normalnie pracowałem po 8-10 godzin dziennie.

Po trzecie - trzeba mądrze przebiec ten docelowy start.
Na powyższe składa się sporo elementów. Moim zdaniem jedną z najważniejszych kwestii jest znajomość trasy. Oczywiście po raz kolejny powtórzę, że bieg po lesie w WPN to nie to samo co jakiekolwiek bieg górski ale i tu znajomość trasy jest istotna. W połączeniu z dobrze dobranym tempem podczas pierwszych 5 km (średnio jakieś 10 sekund wolniej od docelowego tempa), sporą ilością motywacji, daje pozytywny i satysfakcjonujący efekt.
zdjęcie zaczerpnięte ze strony forestrun.pl
Efekt – 23 km po super ścieżkach, po 4:10 min/km przy 250 m podbiegu. Dużo satysfakcji z krótkiego aczkolwiek intensywnego treningu i z mądrze przebiegniętego biegu, który w efekcie dał czas 1:35:47 i trzecie miejsce w generalce.
Mateusz



środa, 17 września 2014

Pożegnanie z rywalizacją

W ubiegłą niedzielę, 14 września, odbył się w Komornikach III Bieg Libra - Biegaj z Nami. Do wyboru biegacze mięli dwie trasy - 4 km oraz 8 km. W związku z tym, że start biegu znajdował się 800 m od mojego domu, czułam się wręcz w obowiązku w nim wystartować. 

Długo zastanawiałam się który dystans wybrać. Tak naprawdę powodów do rozterek nie było wiele. Dokładnie dwie. Jeśli wybiorę krótki dystans, to pobiegnę szybciej niż na 8 km, będzie większe prawdopodobieństwo, że się przegrzeję, co nie jest wskazane w ciąży. Z drugiej jednak strony bycie w ciąży ma to do siebie, (wybaczcie tak dalece idące wyznanie), że non stop chce ci (mi zdecydowanie!) się siku. A jak tu przebiec 8 km bez zatrzymywania się w krzakach? Nie da się! To co to za rywalizacja?! Dla mnie - nie sprawiająca przyjemności.

Oczywiście zapisałam się na 8 km. Jednak za każdym razem kiedy wychodziłam na trening dłuższy niż 5 km, zaliczałam co najmniej jeden "postój" (mam nadzieję, że nikt z władz WPNu tego nie czyta ;-P). Uświadomiło mi to jedno, że już najwyższy czas, żeby odpuścić starty w zawodach i przez kolejne miesiące biegać wyłącznie dla przyjemności, zatrzymując się tyle razy ile będzie to konieczne i nie robić sobie wyrzutów z własnej ułomności, na którą dziewczyny naprawdę nie mamy wpływu.

Bieg Libra był moim ostatnim startem w sezonie 2014. Zmieniłam dystans z 8 na 4 kilometry. Przebiegłam go dla przyjemności i z przyjemnością. Czas 19:15:00 nie zachwyca, ale nie o to chodziło. Chodziło o dobrą zabawę. A bawiłam się super, szczególnie na mecie, gdzie okazało się, że byłam trzecią kobietą na tym dystansie i najszybszą mieszkanką Komornik.




Czy mogłam sobie wyobrazić lepsze zakończenie sezonu? Chyba nie :-) 
Ola
P. S.

Teraz zamieniam się w wiernego kibica i już w najbliższą sobotę zjawię się w tej roli na Forest run, o którym pisałyśmy TUTAJ, by wesprzeć choćby duchowo Anię i naszych przyjaciół. A sezon biegowy 2015 rozpoczynam 12 kwietnia na trasie Poznań Półmaratonu. Może przygotujemy się i pobiegniemy razem?