Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 czerwca 2015

XLPLEkiden - bieganie w tropikach

W ostatnią niedzielę odbyła się bardzo ciekawa impreza - XLPL Ekiden - długodystansowy bieg sztafetowy.

Dystans sztafety maratońskiej XLPL odpowiadał dystansowi maratonu - 42 km i 195 m, a trasa biegu została poprowadzona po pętli o długości 5400 m wokół Jeziora Maltańskiego.

Wyjątek stanowiła długość pętli pierwszej zmiany, tu do pokonania było 4395 m.

Dystans podzielony został na 6 zmian w odpowiedniej kolejności: 4395 m + 10800 m + 10800 m + 5400 m + 5400 m + 5400 m.

Drużyny obowiązywał limit czasu wynoszący 4 godziny i 30 minut. Startowałam gościnnie w barwach miejsca pracy mojego męża (nie będzie kryptoreklamy ;D) na piątej zmianie, po Przemku, Wojtku, Mateuszu, Asi i przed Jakubem. Do przebiegnięcia miałam jedynie 5400 m ale wyzwaniem były wytyczne, które otrzymałam na miesiąc przed startem. Na swój odcinek otrzymałam limit 25 minut, któremu nie podołałam :/ Przebiegłam swój dystans w 25 minut i 7 sekund ;P

W klasyfikacji generalnej uplasowaliśmy się na 33 miejscu na 241 drużyn, a w kategorii drużyn mieszanych na 5/124! Stąd postanowienie, że w przyszłym powalczymy o pudło.


Organizację imprezy oceniam bardzo wysoko. Jedyne do czego można byłoby się doczepić to brak zabezpieczenia trasy (ale trudno w piękny czerwcowy weekend wymagać by zamykano dla kilkuset biegaczy całą Maltę) i tropikalna pogoda (na co organizatorzy raczej wpływu nie mięli).

Gdzieś znalazłam określenie tych zawodów jako "team building marathon". I szczerze powiedziawszy - trochę tak to działa. Czuję się zintegrowana! :)
Szczerze polecam Wam udział w tym biegu! Może za rok się pościgamy?

Ola

wtorek, 19 maja 2015

Plany biegowe na najbliższe tygodnie

Już od jakiegoś czasu czułam potrzebę, żeby poukładać sobie w głowie tegoroczne starty. No dobra - familia też nalegała, żebym określiła się ze startami, bo pewnie wiecie jak ciężko uczestniczyć w życiu rodzinnym - urodziny, imieniny, śluby i inne - kiedy nie pamięta się kiedy jest bieg. Jest to też istotne pod kątem planowania budżetu...

Jak narazie rozpracowałam okres od maja do września. I tak powstała moja lista życzeń:

28 maja (czwartek), godz. 17.30 - Mistrzostwa Poznania w biegu na 10 000 m
14 czerwca (niedziela), godz. 10:00 - XLPL EKIDEN
20 czerwca (sobota) - Zielonka Ultra Maraton (trasa krótka - 43 km)
18 lipca (sobota) - Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich (trasa Ultra Trail - 65 km)
25 lipca (sobota) - Pogoń za wilkiem (10 km)
15 sierpnia (sobota) - Bieg Granią Tatr (jako kibic)/ Cross Sierakowski (15 km)
12 września - Krynica (66 km/ 100 km) - jeszcze nie wiem ;)
19 września (sobota) - Forest Run (23 km/ 50 km) - też jeszcze brak decyzji

A Wy? Jakie macie plany?
Ola




sobota, 2 maja 2015

Powolny powrót do gry

Pierwsze ściganie po urodzeniu Ali za mną. Jeśli ktoś kiedyś powiedział Wam, że po ciąży osiąga się lepsze wyniki - kłamał ;). Przynajmniej nie tuż po urodzeniu dziecka.

A na poważnie - za mną 8. Poznań Półmaraton (10 tygodni po porodzie) i Chyża Durbaszka w Szczawnicy (12 tygodni po porodzie).

W dniu wypisu ze szpitala na pytanie kiedy mogę na poważnie zacząć ćwiczyć lekarz odpowiedział "za 3-4 tygodnie, poczuje pani", kiedy sprecyzowałam, że chodzi mi o bieganie długodystansowe i ćwiczenia siłowe, między innymi z obciążeniem, zamienił tygodnie na miesiące. Zatem nie ma jakiejś magicznej granicy. Znów uważam, że należy wsłuchać się w swoje i ciało i nie szaleć.

Truchtać zaczęłam szybko, bo około 3 tygodnie po porodzie. Wcześniej nie miałam potrzeby, bo zawirowania z nowym członkiem rodziny skutecznie zajmowały mi czas i myśli. Na pierwszych treningach nie osiągałam ani zawrotnych prędkości ani odległości. Chodziło o to, by sprawdzić czy blizny (rodziłam przez cesarskie cięcie) nie dają o sobie znać. Lekko je czułam ale nie był to w żadnym wypadku ból, a co ważne, po treningu nie były bardziej bolesne czy opuchnięte. Mocniejsze treningi, tempo 5:30-5:00 min/ km przy dystansach do 10 km, rozpoczęłam mniej więcej 6 tygodni po porodzie.

Te kilkanaście tygodni to wbrew pozorom niewiele czasu by wystartować na 100% przygotowanym. I faktycznie czułam braki. Nie nastawiałam się oczywiście na żadne życiówki we wskazanych powyżej biegach. Poznański półmaraton chciałam pobiec poniżej 2 godzin, a Chyżą Durbaszkę poniżej 2,5 godziny. Oba cele osiągnęłam, co postawiło mnie przed przed pytaniem czy założenia nie były za słabe. Ale po fakcie nie ma co o tym rozmyślać.


Poznańska połówka poszła gładko. Nie napinałam się zbytnio. Chciałam startem sprawdzić czy nogi wytrzymają taki dystans w równym tempie. Po ciąży moimi najdłuższymi wybieganiami były 2 kółka nad Maltą, czyli 10,8 km. Nogi jednak niosły. Ostatecznie do mety dobiegłam w czasie 1:53:44. Ani razu nie wyszłam poza sferę komfortu, przez co mogłam delektować się atmosferą biegu. Przyglądałam i przysłuchiwałam się współbiegnącym, oklaskiwałam porozstawiane przy trasie biegu kapele. Podziwiałam jak wielu zamiast siedzieć przed telewizorem mierzy się z samym sobą.


W Szczawnicy, o której chciałabym napisać Wam więcej w oddzielnym poście, wiedziałam, że chcę pobiec mocniej. Jak już pisałam, moim założeniem było zmieścić się w 2,5 godzinach, a miałam do pokonania 20,2 km i ok. 900 metrów przewyższenia (+-). Nie przewidziałam jednak, że tak ciężko będzie mi się podbiegało. Zdecydowanie to element nad którym muszę teraz popracować... Na mecie zameldowałam się z czasem 2:24:34, więc planowo. Strefę komfortu odczuwałam na odcinkach płaskich i zbiegach. Podbiegi... ehhh... szkoda gadać...

Ale jak to się mówi - wracam do gry. Po obu biegach wiem nad czym pracować. Sezon dopiero się dla mnie zaczyna. Będę walczyć, bo to ostatni rok w kategorii K20 ;) 

Następny przystanek - Wings for Life World Run - jako kibic. W tym roku będę dopingować innych biegaczy, w szczególności Anię, Bruna i Grzesia. Moje wrażenia z zeszłorocznej edycji znajdziecie TUTAJ.

Jestem pewna, że Ania również podzieli się z nami swoim spostrzeżeniami o tym szczególnym biegu.

Ola

wtorek, 28 kwietnia 2015

8. Poznań Półmaraton - relacja z biegu w wersji duo

Mijają już ponad 2 tygodnie od 8. Poznańskiego Półmaratonu, a ja nie zmobilizowałam się wcześniej, by napisać jak się biegło.
Biegłam w wersji duo :)
A biegło się wspaniale! Brak jakiejkolwiek presji na wynik, ba - nawet na ukończenie biegu, naprawdę sprzyja temu, by w pełni delektować się tym dystansem. Sama jestem zdziwiona, że tak dobrze mi się tego dnia biegło. Ale może sekret tkwi w tym, że inaugurowałam 8 miesiąc ciąży, więc 8. Poznań Półmaraton był idealnym miejscem do świętowania tej okazji!

8. PP na 8 mc :)


A tak poważniej - jak pisałam wcześniej - miałam tylko dwa założenia: zacząć wolno i nie dać się emocjom, dzięki którym na starcie ma się odrzutowe tempo, którego jednak w drugiej połowie biegu nie da się utrzymać, co wielokrotnie kończy się wynikiem poniżej zakładanego; a po drugie - biegnę dopóki czuję się dobrze, a na jakikolwiek niepokojący sygnał schodzę z trasy i zamieniam w kibica. 

I mogę się pochwalić, bo wszystko mi tego dnia sprzyjało i zameldowałam się na linii mety z czasem 2:32:20! Utrzymałam średnie tempo biegu 7:09 min/km, czyli szybsze niż wynikało z treningów i dające spory zapas do limitu czasu. Po drodze nie doskwierało mi nic! Profilaktycznie na 10 km skorzystałam z toalety - nie umieściłabym takiej informacji w żadnej relacji z biegu, ale jak się okazuje dla biegających przyszłych mam, jest to jeden z istotniejszych mankamentów, dlatego piszę. Jest możliwy udział w biegu ulicznym bez obaw z tym związanych! Innym moim ciekawym spostrzeżeniem jest dużo mniejsze zapotrzebowanie na kalorie przy tempie biegu niższym niż nasze przeciętne startowe tempo. Zwykle na biegach od półmaratonu w górę startuję zaopatrzona w żele energetyczne, a na biegach górskich i ultra to już w ogóle nie przegapiam żadnego punktu żywieniowego i robię zawsze porządny popas. Biegnąc szybciej takie wspomaganie jest mi potrzebne. A teraz - podczas tego półmaratonu, który biegłam zdecydowanie wolniej niż zwykle, dodatkowe odżywianie okazało się zbędne. Przed 10 km zjadłam jeden żel i przez następne 2 km trochę mi ciążył i doskwierał pełniejszy żołądek. A że nie czułam żadnego spadku mocy, odcięcia sił czy też innych oznak wyczerpania, więcej się już nie skusiłam na żadne jedzenie. Piłam również mniej niż zwykle, ale po prostu nie czułam takiej potrzeby. Biegi miejskie mają to do siebie, że punkty regeneracyjne rozstawione są bardzo często (co 5 km), więc w większości przypadków nie ma obawy, że się odwodnimy lub zabraknie nam paliwa. Na trasie jest również mnóstwo życzliwych kibiców, którzy często sami oferują wodę lub izotoniki.

A jeśli o kibicach mowa to uważam, że w tym roku przeszli samych siebie! Biegnąc w zasadzie na końcu stawki miałam okazję podziwiać ich determinację w dopingowaniu tych, którzy nie mkną spektakularnie z oszałamiającą prędkością, a często przechodzą do marszu, zwalniają tempo lub walczą z głową, by nie zejść z trasy. Wtedy doping jest najbardziej potrzebny i poznańscy kibice spisali się rewelacyjnie. Na żadnym biegu nie usłyszałam tylu pozytywnych słów wsparcia i zagrzewających do biegu. Oklaski i okrzyki towarzyszyły nie tylko elicie, ale i tym, którzy biegają wolniej. Niesamowite było również poprzyglądać się innym biegaczom, na co nie zawsze się ma ochotę lub czas, kiedy biegnie się na życiówkę. Wtedy człowiek koncentruje się na sobie i swoim biegu, nie zauważając tej wspaniałej oprawy. Bardzo się cieszę, że pobiegłam teraz tak 'niezobowiązująco', bo właśnie dzięki temu mogłam spokojnie porozmawiać z innymi biegaczami, odwzajemniać uśmiechy kibiców i w pełni delektować się tą atmosferą. To jest cały urok biegów ulicznych!

Co ciekawe - mimo że biegłam ten półmaraton najdłużej w porównaniu z poprzednimi, to czas minął mi o wiele szybciej i nie miałam poczucia, że biegnę ponad 2,5 godz. Z pewnością jest w tym też zasługa mojego zająca, z którym całą druga połowę biegu sobie przyjemnie rozmawialiśmy wymieniając biegowe spostrzeżenia.
Szczęśliwa na mecie
Wielkim wsparciem, jak zawsze, byli moi Przyjaciele, których nie zabrakło i tego dnia. Mimo, że tym razem musieli na mnie dłużej czekać, na dodatek w dość wietrznej aurze. Dziękuję! 

Na koniec z uporem maniaka napiszę, że bieganie naprawdę nie ciąży, nawet w 8. miesiącu ciąży! Pod warunkiem, że... czujemy się z tym komfortowo. I psychicznie, i fizycznie. Nie będę nikogo namawiała, do biegania wbrew sobie. Uważam natomiast, że wbrew powszechnej opinii - taka aktywność zdrowej kobiecie nie szkodzi. Niektórzy pytali: "co na to lekarz?". Niestety, nie spotkałam do tej pory lekarza (ginekologa), którzy miałby naukową wiedzę i doświadczenie w tym zakresie, by się wypowiadać. Mam natomiast szczęście, że moim partnerem jest lekarz (internista), który profilaktykę przedkłada nad leczenie objawów i zamiast powtarzać teorie sprzed 30 lat i starsze, wnikliwie analizuje aktualne zalecenia WHO i dzisiejszy stan wiedzy, i... sam mi w tym bieganiu towarzyszy! 

Rodzina w komplecie: Grzegorz, Ania i Bruno :)

 To miał być ostatni mój start w zawodach przed narodzinami Bruna, ale... nie mogłam się powstrzymać (mój wewnętrzny biegacz też nie!), więc do zobaczenia w niedzielę na Wings For Life World Run. Biegniemy w rodzinnym komplecie!

Do zobaczenia!

Ania









piątek, 10 kwietnia 2015

Do startu, gotowi? - Poznański Półmaraton

Biegaczki gotowe na pewno! 


Nie mogę się doczekać, bo jest to nasz z Olą pierwszy wspólny start w zawodach w tym roku.
I oczywiście nie ostatni. Cieszę się na taką inaugurację sezonu startowego. U mnie, na chwilę (oby tylko!) z małą przerwą do lata, ale od lipca będzie już jak zwykle, czyli Biegaczki będą dużo biegać!

Plany na niedzielę? Jedni będą siedzieć i pić kawę, a my zmierzamy się z trasą 8. Poznańskiego Półmaratonu. W poznańskim półmaratonie debiutowałam - był to mój pierwszy start w zawodach i stąd mam do tego biegu ogromny sentyment. Dlatego i w tym roku nie chciałam ze startu zrezygnować. Pierwszy raz obawiam się czy zmieszczę się w limicie czasu - ciekawe uczucie. Biorąc pod uwagę średnie tempo z ostatnich "treningów" (czyt. truchtań) mam 20 min zapasu. I bardzo nie chcę być pasażerem mikrobusa z napisem "Koniec Półmaratonu". I pierwszy raz nie złościć się o długą kolejkę po piwo na mecie :) I naiwnie sądzić, że przed strefą masażu pojawi się tabliczka: "ciężarne i karmiące biegaczki - wstęp poza kolejką". Może kiedyś... jak będę Biegającą Babcią :)

Wszystkie znaki na niebie i brzuchu wskazują jednak, że mam szansę być finiszerem tego biegu i poczuć moje ulubione endorfiny na mecie. Zabawę może popsuć tylko mój współlokator, jeśli w trakcie mu się znudzi. Może uda się go przekonać słodkimi żelami i przyjemnym bujaniem, że warto bieg kontynuować. I takim to sposobem przekazuję pałeczkę i biegowego bakcyla kolejnemu pokoleniu. Do tej pory stanowiliśmy dobrany startowy i treningowy duet, więc liczę, że i tym razem nasz team się sprawdzi!

Jaki mam plan? Po pierwsze przebiec! Trzymać się żelaznej dla mnie zasady, teraz jeszcze bardziej istotnej - zacząć powoli, nie dać się ponieść emocjom. Rozpędzamy się dopiero po 10. kilometrze. Moje średnie treningowe tempo to aktualnie ok 7:30 (w porywach do 7:40 wliczając przerwy na toaletę...). Półmaraton zatem ciągle w zasięgu - główny cel to ukończyć bieg. Nawet metodą mieszaną marszo-truchtu. Z wyliczeń tabeli międzyczasów wynika, że mogę sobie pozwolić nawet na tempo 8:31 min/km, co jest odpowiednikiem ok 7 km/godz. Czyli dla przeciętnego biegacza bardzo powoli.

Po drugie - jeśli się okaże, że porywam się z motyką na słońce, to zamieniam się w kibica i dzielnie kibicuję Oli. I cierpliwie czekam na lato, kiedy to będę mogła znowu biegać bez balastu.

Niezależnie od wszystkiego czekam z radością na tą niedzielę, bo atmosfera zawodów jest zawsze niesamowita - czy to w roli Biegaczki czy kibica, zamierzam się dobrze bawić!

Tym z Was którzy startują życzę przyjemnego biegu!

Ania 

czwartek, 6 listopada 2014

Pierwsza nieśmiała myśl o startach w 2015 roku

Czekoladowe Mikołaje na półkach sklepowych zwiastują zbliżający się nieubłaganie koniec 2014 r. Pomimo, że na podsumowanie biegowych wyczynów Biegaczek jeszcze przyjdzie pora, to sądzę, że już powoli można  myśleć o planowaniu kalendarza biegowego na 2015 rok.

Jako, że najmniejsza biegaczka pojawi się (według wszelkich prognoz) dopiero w połowie stycznia, moje plany startowe układam dopiero od kwietnia. Mam świadomość, że pierwsze przebieżki będą przypominały bardziej "przeczłapki", więc niepełne trzy miesiące treningu mogą być nie lada wyczynem tak jak pokonanie pierwszego zaplanowanego dystansu w zadowalającym tempie.

Na samą myśl o pierwszym treningu z Anią mam gęsią skórkę... i purpurę na twarzy... z zażenowania :)

A..., żeby nie było, że jeszcze przed urodzeniem dziecka pretenduję do tytułu Najbardziej Wyrodnej Matki Na Świecie, która zamiast opiekować się latoroślą planuje hasać w różnego rodzaju biegach, informuję wszem i wobec, że zawarłam z mężem układ, że 24 miesiące od porodu jako rekompensata (chyba) niebiegania w 2014 roku, mam pierwszeństwo w wyborze startów. On w tym czasie będzie opiekował się Młodą.

A zatem do dzieła! Moje plany na 2015 r.
  1. 12.04.2015 r. - 8 Poznań Półmaraton - coś na dobry początek. Zapisy startują 15.12.2014 r.
  2. 03.05.2015 r. - Wings For Life World Run, o którym pisałyśmy TUTAJ. Postaram się, by był to stały element mojego kalendarza biegowego, bo uważam, że warto łączyć przyjemne z pożytecznym!
  3. 08-09.05.2015 r. - Ultra Cross Gwint, o którym pisałyśmy TUTAJ, tym razem bez obciążenia ;)
  4. 05.06.2015 r. - Bieg Rzeźnika - jeśli organizatorzy nie przedobrzą z wysokością opłaty startowej i jeśli uda się zapisać...
  5. 04.07.2015 r. - VI Supermaraton Gór Stołowych, o którym pisałyśmy TUTAJ. Na stronie biegu znajdziecie również informacje o pierwszej zimowej edycji biegu, która odbędzie się 31.01.2015 r. Dla mnie to jeszcze za wcześnie ale może Wy się skusicie..?
  6. 11-13.09.2015 r. - Festiwal Biegowy Krynica-Zdrój - i może moja pierwsza stówka..?
  7. 24.10.2015 r. - II Półmaraton Rudawy Janowickie.
Tak wygląda mój ogólny zarys planu na 2015 r., a Wy, co planujecie? Jakie są Wasze pomysły na rozbiegany rok 2015?
Ola

piątek, 26 września 2014

Forest Run - relacja

Część z Was już wie, że w ostatnią sobotę w Wielkopolskim Parku Narodowym odbył się bieg Forest Run. Z relacji Mateusza wiecie też jak trenować, by stanąć na podium. Ja z kolei napiszę jak wyglądała trasa długa (44 km) i jakich błędów się wystrzegać, by bieg był przyjemnością a nie męczarnią.

Gotowa do startu!
Kilka tych błędów popełniłam, ale od początku... Bieg odbywał się pod Poznaniem, w naprawdę bardzo ładnej biegowo okolicy. Idealnej treningowo. Dlatego też zapisując sie na niego pomyślałam, że zawsze można te zawody potraktować jako długie wybieganie, a nie rywalizację i niezależnie jaka będzie moja forma, wystartować warto! Blisko, ładna trasa, a co najważniejsze - zebrała się spora grupa Przyjaciół, którzy też startowali w tym biegu. Wiem, że gdybym nie pobiegła to bym bardzo żałowała - zawsze tak mam, że gdy w weekend widzę np. z okna samochodu czy tramwaju biegacza, to od razu mu zazdroszczę. Dlatego przezornie na bieg się zapisałam. A że wolę dystanse długie - na trasę 44 km. 

Która wyglądała tak:
źródło: forestrun.pl
Przewyższenie trasy to ok 350 m w górę i tyle samo w dół.

Najbardziej wymagające na trasie nie były wcale podbiegi i urozmaicenie terenu bezpośrednio w parku, ale te odcinki, które wiodły przez małe miejscowości i między polami - w pełnym słońcu. To mi doskwierało najbardziej. Wysoka temperatura osłabiła moją czujność i w rezultacie piłam i jadłam podczas biegu o wiele za mało. W ten sposób tylko połowę trasy przebiegłam w dobrym tempie i formie. Do 10 km utrzymywałam tempo ok 5:30 min/km, później do ok 22 km było to 6 min/km, czyli ciągle w okolicach tempa moich długich wybiegań. I do tej pory było całkiem przyjemnie. I najchętniej napisałabym Wam, że reszta jest milczeniem, ale w końcu nie po to piszę bloga. 

Dalej był trzeci bufet, na którym zabrakło kubków do picia (ale szybko poradzilismy sobie robiąc krótkie mycie naczyń i udowadniając, że plastikowe kubeczki nie są jednorazowe!) i na którym nie było bananów! Rozpieszczona po ostatnich biegach górskich, nie doczytałam w regulaminie, co będzie na którym punkcie dostępne i to był mój duży błąd. Znając siebie i wiedząc jakim jestem podaczas biegów głodomorem, powinnam była to dobrze przeanalizować i nie wybierać sie na te 44 km z zapasem tylko dwóch żeli energetycznych. A akurat odcinek pomiędzy trzecim a czwartym bufetem prowadził przez niezadrzewioną okolicę. Umęczyłam się okropnie i to tam po raz pierwszy w swojej karierze biegowej doświadczyłam demotywacyjnych podszeptów własnej głowy. Tak źle i tak gorąco to mi dawno nie było! Czasami udawało mi się przegnać te myśli, ale im mniej cienia, tym ich było więcej. Przydałałaby się czapka z daszkiem!

Za to w czwartym bufecie impreza na całego - stoły uginały się od ciastek, czekolady, bananów i kubków, na które pozakładane były ćwiartki pomarańczy. I weseli wolontariusze namawiający, by nie biec dalej a zostać z nimi. Mieli dobrą zabawę i naprawdę były to kuszące propozycje!

Dalej trasa wiodła z powrotem w parku, więc było nieco chłodniej i przyjemniej. Biegliśmy brzegiem jeziora (wcześniejsze fragmenty też prowadziły wzdłuż jezior), co było niesamowią pokusą. Najchętniej bym się wykąpała. Paru biegaczy podzieliło się z innymi taką samą myślą - każdy z nas na widok jeziora reagował tak samo - ale fajnie byłoby się wykąpać!

Najlepszy moment biegu to ok 43 km, gdy z naprzeciwka ujrzałam mojego tatę! Postanowił wyjść mi naprzeciw po tym, jak wszyscy się niecierpliwili kiedy wreszcie dobiegnę i będzie można się relaksować a nie wystawać tak na tej mecie nie wiadomo ile! Tata wraz z resztą biegowych Przyjaciół wybrał udział w trasie krótkiej i czekali już tylko na mnie. Padło krótkie: "Będziesz moim zającem?"; tata: "No to dawaj!" i pobiegliśmy. Ten rodzinny finisz możecie podziwiać póki co na naszym profilu na fejsbuku, a jak tylko dostanę plik, to filmik tu zaprezentuję. Sentymentalnie to zabrzmi, ale to była jedna z piękniejszych chwil tego biegu!

Na metę wbiegłam z czasem 5:06, czyli 36 minut później niż zakładałam..., ale za to z dobrą lekcją pokory i wnioskami na kolejne biegi. Nic tak nie uczy przecież jak własne błędy:
  • błąd nr 1 - zbagatelizowałam ten start porównując go do niedzielnego wybiegania. Przecież ja nigdy nie zrobiłam ponad 40 km niedzielnego wybiegania!!!
  • błąd nr 2 - skoro dotąd nawet na płaskie maratony zabierałam bidon z piciem (wyjątkiem był Berlin, ale tam miałam idelaną obstawę kibiców i perfekcyjną logistykę) to dlaczego w tym biegu postanowiłam wystąpić bez? Nie wiem. Jedyne co mi przychodzi do głowy to może to, że planowałam zrobić jakiś eksperyment. Nie polecam. Nie na długiej trasie.
  • błąd nr 3 - brak nakrycia głowy przy takim słońcu. Błąd, którego już więcej nie powinnam popełnić, ponieważ w losowaniu po biegu wygrałam czapkę z daszkiem marki Arc'teryx. W bardzo ładnym odcieniu granatu, czyli dla wtajemniczonych - ultramaryny. Idealnie dopełnia mój różowy biegowy outfit!
  • błąd nr 4 - w kolejności popełniania był błędem początkowym, ale nie wiem czy miał decydujący wpływ na bieg. Ponoć nie powinno się robić ostrych treningów po saunie czy innych zabiegach relaksacyjnych. Otóż, ja w piątek skorzystałam z komory antygrawitacyjnej (o tym w oddzielnym wpisie) i zastanawiam się czy to również mogło wpłynąć na komfort biegu.
  • błąd nr 5 - po tak intensywnym sezonie biegowym (którego jeszcze nie skończyłam) i po ostatnim starcie w Jakuszycach, gdzie też już czułam nieco spadek formy, rozsądniej byłoby wystartować na dystansie krótszym. To też dobra nauczka na kolejny sezon, który przecież już niebawem zacznę planować.
Komfort to zdecydowanie to, czego mi w tym biegu zabrakło. Ale był to pierwszy bieg, w którym wystartowali wszyscy moi biegowi Przyjaciele, którzy mogli, a Ci, którzy nie biegają (lub póki co nie biegają) zjawili się na mecie. Mieć ich wszystkich wokół siebie tego dnia - bezcenne! Mogłabym znowu się tak wymęczyć, by potem siedzieć z nimi przy ognisku, śmiać się i wspominać bieg!

Nie obyło się też bez scen zazdrości. A to dlatego, że w Forest Run startował również Darek Strychalski - niedawny finiszer biegu Badwater, o którym pisałyśmy TUTAJ.


Darek zdradził nam plany związane ze swoim kolejnym biegowym pomsyłem, który tym razem będzie realizował w Polsce. O tych planach napiszemy niebawem.

A my nie mogłyśmy się z Olą powstrzymać, by nie złożyć Darkowi urodzinowych życzeń:

Scenę tę zazdrosny obswrwator skomentował tak: "wystarczy przebiec Badwater, a dziewczyny już robią sobie z tobą zdjęcia!". No... - wystarczy!

Do zobaczenia na Forest Run za rok!
Ania








środa, 17 września 2014

Pożegnanie z rywalizacją

W ubiegłą niedzielę, 14 września, odbył się w Komornikach III Bieg Libra - Biegaj z Nami. Do wyboru biegacze mięli dwie trasy - 4 km oraz 8 km. W związku z tym, że start biegu znajdował się 800 m od mojego domu, czułam się wręcz w obowiązku w nim wystartować. 

Długo zastanawiałam się który dystans wybrać. Tak naprawdę powodów do rozterek nie było wiele. Dokładnie dwie. Jeśli wybiorę krótki dystans, to pobiegnę szybciej niż na 8 km, będzie większe prawdopodobieństwo, że się przegrzeję, co nie jest wskazane w ciąży. Z drugiej jednak strony bycie w ciąży ma to do siebie, (wybaczcie tak dalece idące wyznanie), że non stop chce ci (mi zdecydowanie!) się siku. A jak tu przebiec 8 km bez zatrzymywania się w krzakach? Nie da się! To co to za rywalizacja?! Dla mnie - nie sprawiająca przyjemności.

Oczywiście zapisałam się na 8 km. Jednak za każdym razem kiedy wychodziłam na trening dłuższy niż 5 km, zaliczałam co najmniej jeden "postój" (mam nadzieję, że nikt z władz WPNu tego nie czyta ;-P). Uświadomiło mi to jedno, że już najwyższy czas, żeby odpuścić starty w zawodach i przez kolejne miesiące biegać wyłącznie dla przyjemności, zatrzymując się tyle razy ile będzie to konieczne i nie robić sobie wyrzutów z własnej ułomności, na którą dziewczyny naprawdę nie mamy wpływu.

Bieg Libra był moim ostatnim startem w sezonie 2014. Zmieniłam dystans z 8 na 4 kilometry. Przebiegłam go dla przyjemności i z przyjemnością. Czas 19:15:00 nie zachwyca, ale nie o to chodziło. Chodziło o dobrą zabawę. A bawiłam się super, szczególnie na mecie, gdzie okazało się, że byłam trzecią kobietą na tym dystansie i najszybszą mieszkanką Komornik.




Czy mogłam sobie wyobrazić lepsze zakończenie sezonu? Chyba nie :-) 
Ola
P. S.

Teraz zamieniam się w wiernego kibica i już w najbliższą sobotę zjawię się w tej roli na Forest run, o którym pisałyśmy TUTAJ, by wesprzeć choćby duchowo Anię i naszych przyjaciół. A sezon biegowy 2015 rozpoczynam 12 kwietnia na trasie Poznań Półmaratonu. Może przygotujemy się i pobiegniemy razem?

czwartek, 11 września 2014

Elbrus Race 2014

Dziś startuje IX International Elbrus Race! 


Bieg nie wszystkim dobrze znany, ale lubiany przez Polaków i dodatkowo - bieg, w którym Polacy już wygrywali! I tak sobie myślę, że może tym razem Was nieco zachęcę do wspólnej zabawy. Otóż ogłaszam konkurs! Który polega na tym, by w komentarzach pod tym postem podać imiona i nazwiska Polaków, którzy startowali już w Elbrus Race i stali na pudle. Do startu, gotowi...

W tym roku Polaków reprezentuje Michał Asperski, który startuje na trasie "Extreme" i Tomasz Gwoździewicz na trasie klasycznej. Wszystkich zawodników jest... 23.

źródło: http://www.risk.ru/blog/202899

Ciekawostką jest to, że bieg ten nie ma stałego miejsca w kalendarzu i jest biegowym świętem ruchomym, że się tak wyrażę. Jego dokładna data jest zależna od... pełni księżyca! Tym sposobem organizatorzy zapewniają dobre oświetlenie trasy :) Drugim powodem dlaczego ta pełnia taka ważna jest to, że w okresie pełni jest zwykle dobra pogoda, co również ma duże znaczenie dla biegu, którego meta znajduje się przecież najwyżej w Europie: 5642m npm! Choć jak wiemy z zeszłego roku, księżyc czasami płata figle i w 2013 r. niestety dobrej pogody nie zagwarantował. Czego pewnie najbardziej żałuje Killian Jornet, któremu nie dane było ukończyć tego biegu i się chyba obraził, bo w tym roku nie ma go na liście startowej.

Dwa dni temu, tj. 9 września odbył się bieg kwalifikacyjny. Takie są zasady Elbrus Race, że we właściwym biegu (dwa warianty trasy do wyboru + trzeci turystyczny) mogą rywalizować tylko ci biegacze, którzy ukończyli w odpowiednim czasie bieg kwalifikacyjny na trasie od beczek (3708m npm) do Skał Pastuchowa (4800m npm). By się zakwalifikować do Elbrus Race zawodnik musi pokonać ten dystans w 2 godziny i zejść do linii startu przed godz. 16:00. Ci, którzy zmieszczą się w czasie 2 godz. 50 min. mają szansę wzięcia udziału w wyścigu, ale tylko na trasie turystycznej.

Niezła rozgrzewka szczególnie dla tych, którzy wybierają trasę "Extreme" z Azau (2400m npm). Klasyczna opcja wiedzie od beczek. Jest jeszcze ponoć trasa turystyczna, ale poza tym, że jest i ma w gratisie dwóch przewodników, więcej informacji o niej nie znalazłam...

A tak wygląda trasa - w wymiarze 3D:


Granatowym kolorem oznaczona jest trasa "Extreme"; czerwonym - klasyczna, a jasnoniebieskim - trasa kwalifikacyjna.
 
Z wieści z biura zawodów wynika, że pogoda nie jest najlepsza, ale dwa dni temu katalońscy alpiniści zdobyli szczyt, więc nie jest tak źle. W górach pogoda może się zmienić w ciągu paru godzin, a nawet szybciej. Mam jednak nadzieję, że w tym roku nie pokrzyżuje planów i zawodnicy bezpiecznie wbiegną i zbiegną ze szczytu.

Widok z bazy zawodów na metę!


A wracając do naszego konkursu - na Wasze odpowiedzi czekamy do końca weekendu, tj. do niedzieli 14 września do godz. 20:00. Wśród tych osób, które prawidłowo odpowiedzą na nasze pytanie wylosujemy nagrodę niespodziankę :)

Tymczasem trzymamy kciuki za Michała i Tomka, a ja już tradycyjnie napiszę - do zobaczenia na Elbrus Race za rok, albo dwa!

Ania

środa, 3 września 2014

II Letni Bieg Piastów

O mały włos, a II Letni Bieg Piastów, który odbył się 30 sierpnia w Jakuszycach, nie sprostałby swojej nazwie. W sobotę w czasie biegu mieliśmy jeszcze letnią pogodę, ale już koncert czeskiej rockowej kapeli i losowanie nagród odbyły się w ulewnym deszczu. Taka zapowiedź zbliżającej się jesieni.
Gotowi do startu.
Kolejny bieg górski za mną i paradoksalnie mimo najkrótszego dystansu najbardziej mnie wymęczył. Trasę pokonałam w 2:10 i cieszyłam się, że to już koniec.

Ostry finisz - pędziłam do mety :)
Długie podbiegi o małym nachyleniu nie są tym, co w górskim bieganiu lubię najbardziej. I jest to dla mnie zdecydowanie za krótka trasa, by się rozkręcić. Nie potrafię szybko przejść do swojego docelowego tempa i stąd pierwszą z dwóch pętli tego półmaratonu trochę przemęczyłam szukając właściwego rytmu. Drugą dziesiątkę biegło się już zdecydowanie lepiej!


Tak wyglądała ta pętla, którą uczestnicy półmaratonu musieli przebiec dwukrotnie:
źródło: www.bieg-piastow.pl
Niestety, mapka nie jest najlepszej rozdzielczości i trudno z niej było cokolwiek wyczytać. Nie było jej też w pakiecie startowym, co jednak jest zrozumiałe - raczej ciężko się było w okolicy zgubić, a każdy z napotkanych turystów z łatwością wskazałby kierunek Polany Jakuszyckiej.

W pakiecie startowym znalazła się za to świetna koszulka Salomona (zaraz po Asics jest to moja ulubiona, bo najlepsza jeśli chodzi o właściwości, koszulka do biegania). Koszulki biegowe nie grzeszą zwykle świetnym designem, ale nie taka ich rola - one mają dawać komfort w biegu i takie właśnie są koszulki Salomona. Materiał jest przyjemny w dotyku, a koszulki w wersji damskiej ładnie skrojone, więc z przyjemnością można w nich się wybrać na trening bo są po prostu wygodne. W pakiecie były też wafle ryżowe i chrupiące kukurydziane chipsy w wersji zdrowej, czyli z dodatkiem warzyw. Niestety, wyrzuciłam opakowanie i nie pamiętam marki, a szkoda, bo były dobre.

LBP nie jest biegiem trudnym technicznie. To trasa jak najbardziej rekreacyjna i myślę, że idealna dla kogoś kto chciałby spróbować swych sił w biegach górskich. Dobry dystans na pierwszy start, a dwie pętle dają poczucie bezpieczeństwa, że się ciągle jest blisko cywilizacji. Do tego spora ilość bufetów, więc nie ma zupełnie potrzeby dźwigania bidonów, żeli i tym samym zaopatrywania się w dodatkowy sprzęt.

Medaliści!
Najbardziej podobała mi się organizacja zawodów - widać profesjonalizm i doświadczenie. To przecież w Jakuszycach już od wielu lat odbywają się zimowe zawody w narciarstwie biegowym właśnie pod nazwą Bieg Piastów. Biuro zawodów, bufety, start i meta były świetnie zorganizowane. Do tego każda osoba z obsługi biegu była uśmiechnięta i chętna do pomocy. Wolontariusze na bufetach bardzo pomocni i serdeczni - to właśnie sprawia, że dziś już mniej pamiętam meczące podbiegi, a przed oczami mam uśmiechnięte osoby podające kubek z wodą czy gratulujące na mecie!

Obstawa fotograficzna biegu jest godna pozazdroszczenia - właściwie z każdego zakrętu wyzierał obiektyw aparatu, więc nawet ci z nas, którzy nie mieli własnego fotograficznego supportu (jak ja tym razem, bo mój nadworny fotograf też brał udział w biegu) nie zostali pokrzywdzeni i już w niedzielę na fejsbukowej stronie Biegu Piastów pojawiały się pierwsze linki do galerii zdjęć.

Rozleniwiły mnie trochę ostatnie tygodnie wakacji i przyznam, że ten sobotni start był dobrym rozruchem na powrót do treningów. I dobrym motywatorem, by kontynuować pracę nad szybkością. Niestety, nie jest to coś, co szybko (!) przychodzi, więc na skutki moich ostatnio dzielnie bieganych interwałów muszę jeszcze trochę poczekać. Liczę jednak, że dam radę poprawić formę do maratonu poznańskiego! Za trzy tygodnie kolejny start - Forest Run - dobra okazja, by się znowu sprawdzić.

A na koniec creme de la creme! Zdjęcie i uścisk dłoni Mistrzyni Polski - Ewy Majer!

Ewa jest po prostu wielka!

Ania

piątek, 29 sierpnia 2014

UTMB 2014

Dziś o 17:30 startuje UTMB 2014, czyli The North Face Ultra-Trail du Mont Blanc. Jeden z trudniejszych biegów górskich na dystansie ultra, o długości 168 km i przewyższeniu 9600 m! UTMB jest jednym z pięciu biegów wchodzących w skład tego festiwalu biegowego organizowanego co roku w ostatnim tygodniu sierpnia wokół masywu Mont Blanc.

Pozostałe cztery biegi też wymagają nie lada biegowej wprawy, by się z nimi zmierzyć i zastanawia mnie, dlaczego są w Polsce tak mało znane. Jeśli o nich poczytacie, to zobaczycie, że to coś dla biegowych śmiałków, niesłusznie przyćmione wielką sławą UTMB. 

Są to:
CCC - Courmayeur-Champex-Chamonix - 100 km i 5950 m różnicy wzniesień
TDS - Sur les Traces des Ducs de Savoie - 119 km i 7250 m różnicy wzniesień
PTL - La petite trotte a Leon - 300 km i 24000 m różnicy wzniesień
OCC - Orsieres-Champex-Chamonix - 53 km i 3300 m różnicy wzniesień.

Jako, że UTMB jest jednak najbardziej rozpoznawalnym w Polsce biegiem z tej serii, to o nim dziś słów kilka. Tym bardziej, że startuje w nim mój biegowy mistrz Jarek (nr startowy 2624) i bardzo trzymam za niego kciuki! W sumie biegnie 50 Polaków (w tym tylko trzy biegaczki!) Każdemu z nich życzę co najmniej dobrej zabawy.

A jest gdzie się bawić - oto trasa UTMB w całej okazałości:

źródło: www.ultratrailmb.com

A tak wygląda jej profil i rozmieszczenie punktów żywieniowych. Organizatorzy piszą, że jest to bieg, w którym trzeba być jedzeniowo samowystarczalnym, ponieważ bufetów tych nie ma zbyt wiele.



źródło: j.w.
Moją relację z tego biegu będziecie mieli okazję - mam nadzieję - przeczytać w ciągu następnych kilku lat, a tymczasem śledźcie uważnie portale biegowe, ponieważ po weekendzie na pewno pojawią się wspomnienia z tego startu, przygotowane przez zawodników.

A dla tych z Was/nas, którzy planują start za rok czy dwa, informacja o warunkach udziału. To jest bieg, przed którym nie wystarczy wpisać w kalendarzu datę zapisów i wypełnić formularz rejestracyjny. Przygotowania należy rozpocząć wcześniej i wziąć udział w tzw. biegach kwalifikacyjnych. Co to oznacza? Otóż, warunkiem zapisania się na UTMB na 2015 r. jest zgromadzenie 8 punktów w okresie pomiędzy 01/01/2013 a 31/12/2014 (w maksymalnie trzech startach). Organizatorzy UTMB podają listę biegów, w których te punkty można zdobyć. Lista dostępna jest pod tym adresem. Co ważne - kryteria te mają ulec zmianie od 2017 r., a konkrety zostaną podane w lutym 2015 r.
  
Wybiegałeś te 8 punktów i co dalej? To niestety wcale nie oznacza, że Twoje nazwisko znajdzie się na liście startowej, a po biegu będziesz wcinał bagietkę z camembertem... Z uwagi na ogromną liczbę chętnych organizatorzy wprowadzili prerejestrację, co oznacza, że po otwarciu zapisów zgłaszają się wszyscy (wypełniając internetowy formularz i wpłacając 50 euro), a następnie zgłoszenia są weryfikowane i odbywa się losowanie. Niewylosowani korzystają w kolejnej edycji z następujących przywilejów: ci, którzy byli prawidłowo zapisani w dwóch poprzednich latach, ale nie zostali wylosowani mają pierwszeństwo i trafiają na listę startową; natomiast ci, którzy byli prawidłowo zapisani rok wcześniej, ale nie zostali wylosowani, dostają priorytet w losowaniu polegający na dwukrotnym zwiększeniu ich szansy (czyli tak jakby ich numer w ogólnej puli był zdublowany, co zwiększa ich szansę na wylosowanie). Prerejestrację wprowadzono po 2008 r., kiedy to zapisy na UTMB zakończyły się po 8 minutach! Coś Wam to przypomina? Pomogę Wam - tyle trwały tegoroczne zapisy na Bieg Rzeźnika...

Prerejestracja na 2015 r. zostanie otwarta 17 grudnia 2014 r. i potrwa do 6 stycznia 2015 r.

Jeszcze jedna ciekawostka - można się zapisać grupowo (min. 2 osoby max. 12). Na czym to polega - a no na tym, że albo wylosują wszystkich z grupy albo nikogo. Czyli jeśli zamierzacie wystartować z ukochanym/ukochaną/swoją startową papużką nierozłączką to nie ma obaw, że zostanie wylosowany tylko jeden z Was.

Z ciekawostek statystycznych - stosunek udziału biegaczek do biegaczy w UTMB wynosi: 8,14% do 91,86% na korzyść panów... Dobra wiadomość z tej smutnej relacji jest taka, że biegaczki mają większe szanse zabłysnąć i powalczyć o wysokie miejsca w kategorii kobiet.

Jeśli chcecie o biegu wiedzieć więcej to dajcie znać, co Was szczególnie interesuje, a postaramy się odpowiedzieć.

Tymczasem trzymamy kciuki!
Ania

sobota, 2 sierpnia 2014

Pogoń za wilkiem – czyli jak ciężarówka została pacemakerem



Kiedy zapisywałam się na Pogoń za wilkiem, bieg rozgrywany w Wielkopolskim Parku Narodowym, o którym szerzej pisałyśmy TUTAJ, nie wiedziałam, że jestem w ciąży. Informacja o Fasoli trochę zbiła mnie z tropu. Musiałam w jednej chwili przewartościować pewne elementy mojego poukładanego już życia (biegowego i niebiegowego). Nie chciałam bowiem zrobić krzywdy sobie czy Fasoli. Chyba przede wszystkim Fasoli. Czyli bieganie na 100% możliwości zdecydowanie odpadało. Trochę mi było przykro, bo chciałam pobiec tę dziesiątkę w okolicy 45 minut. Ale jak to mówią - są rzeczy ważne i ważniejsze...
foto J. Troszczyński
Wątpliwości dotyczące startu zbiegły się w czasie z imieninami mojego teścia, który powoli zaczął łapać biegowego bakcyla, jednak nie biegł jeszcze w zorganizowanej imprezie. Idealny prezent dla taty – pakiet startowy (oczywiście po konsultacji z solenizantem).

wtorek, 29 lipca 2014

Bieg Pod Tysiącletnimi Dębami - dla każdego coś miłego

Już w najbliższy weekend - 2 sierpnia 2014 r. - w Kazimierzu Biskupim położonym niedaleko Konina odbędzie się wielkie święto sportu - X Bieg Pod Tysiącletnimi Dębami.


W ofercie tego mini festiwalu jest aż 9 wydarzeń sportowych dla każdego kto chce w sposób aktywny spędzić czas w sobotnie przedpołudnie. Znajdziecie tam zarówno biegi dla dzieci na dystansach 100 m, 200 m, 400 m i 800 m, rajd nordic walking na dwóch dystansach - 7 km i 13 km oraz biegi o długości 13 km i 21,1 km.

czwartek, 24 lipca 2014

Złoty Maraton 2014 - relacja

Życiówki chodzą parami!

Złota Maratonka i Złoty Półmaratończyk :)
To był dobry start. 5:42:48! Byłam 7. w swojej kategorii wiekowej (K30) i 11. w kategorii open kobiet. Mój cel na ten bieg został osiągnięty - nie biesiadowałam na bufetach (może dlatego, że były ich raptem trzy?!) i nie miałam żadnych problemów z odciskami na stopach. Różne z tego można wysnuć wnioski. Np., że jak się szybciej biegnie to się mniej chce jeść :) Czułam moc tego dnia, trasa była bardzo przyjemna - mimo fragmentów pod gołym niebem, gdzie słońce dawało mocno w kość! Ale atmosfera wokół całego II DFBG była tak fantastyczna, że również dzięki temu tak dobrze wystartowałam.

wtorek, 22 lipca 2014

Spaleni słońcem, czyli bieg Badwater

Wiem - tytuł tego posta mógłby mi posłużyć do zrelacjonowania II Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. Zanim jednak opiszę, jak tam było gorąco, jak słońce paliło mocniej niż to sobie Michałkow kręcąc swój film mógł wyobrazić, przypomnę Wam, że właśnie trwa morderczy bieg Badwater.

Bieg, na dystansie 135 mil, czyli 217 km, o którym piszą, że jest najbardziej wymagającym i ekstremalnym biegiem na naszej planecie. Do niedawna rozgrywany w Dolinie Śmierci.

czwartek, 17 lipca 2014

Złoty Maraton - II DFBG - startowy finisz półrocza 2014

Dziś rozpoczyna się II Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich. O 18:00 startują zawodnicy Biegu 7 Szczytów oraz Biegu Super Trail 130. Z dystansem 240 km zmierzy się po raz drugi już mój Biegowy Mistrz Zen - Jarek. Trzymam kciuki!

Cały festiwal zapowiada się rewelacyjnie. Organizatorzy zadbali o każdy szczegół i np. informacje o trasach i programie przygotowane są na najwyższym poziomie. Widać, że tę imprezę biegową organizują zawodnicy, którzy startują na całym świecie, podglądają najlepszych i co najfajniejsze - implementują te rozwiązania na naszej rodzimej scenie biegowej w godny podziwu sposób!

czwartek, 10 lipca 2014

V Supermaraton Gór Stołowych 2014 - relacja

O tym, że wzięłam udział w Supermaratonie Gór Stołowych i że go ukończyłam, mogliście już przeczytać tu oraz tu. Dziś podzielę się z Wami wrażeniami z tegorocznej edycji.
Trasa MGS została wydłużona do 50 km i tym samym bieg zmienił nazwę na Supermaraton Gór Stołowych. Od przyszłego roku będzie to oficjalna nazwa tego maratonu. Prócz tych dodatkowych horyzontalnych kilometrów bieg wertykalnie zyskał ponad 200 m przewyższenia. Wg informacji podawanych przez organizatorów łączna suma przewyższeń przekracza 4000m i wynosi odpowiednio +2100m i -1900m. Dodatkowa ok 3 km pętla pojawiła się w okolicy 30 km i wiodła przez Skalne Wrota. Ta nowa część trasy to bardzo techniczny, stromy zbieg (który mi akurat się bardzo podobał!) a potem... podbieg, już mniej stromy. Zarówno zbieg i podbieg w tej części są moim zdaniem przebieżne - jeśli macie siłę w nogach i nie boicie się zbiegów. Może nie biegam szybko - ale biegam! Naprawdę fajnie się tamtędy biegło i takie urozmaicenie trasy bardzo dobrze działa na psychikę - trzeba się skupić, by nie skręcić nogi, by się nie poślizgnąć, a przy takiej koncentracji kilometry mijają niepostrzeżenie. Ja zdecydowanie wolę takie ostre zbiegi i podbiegi niż dłużące się ni to pochyłe ni to płaskie odcinki. Ale wiadomo - jest to subiektywane upodobanie i odczucie. Od innych biegaczy słyszałam, że stromy odcinek do Skalnych Wrót był bardzo ciężki i dużo osób bardzo ostrożnie stąpało w tym miejscu.

Cała trasa SuperMGS wygląda tak:

Trasa SuperMGS 2014 - dodatkowa pętla to okolice Skalnych Wrót
A tu przewyższenia i lokalizacje bufetów:


Robi wrażenie, prawda?

W tym roku nie byłam już takim nowicjuszem i trochę mi zabrakło tego wrażenia pierwszego razu, kiedy wręcz w euforycznym stanie przebiegłam MGS. Tym razem było bardziej realnie - dało się we znaki słońce i wysoka temperatura. Na szczęście organizatorzy zadbali o większą ilość bufetów, dzięki którym można się było zregenerować. Na przedostatnim bufecie była nawet coca-cola, co spotkało się z wielkim uznaniem biegaczy! Całe zawody - od dystrubucji informacji o biegu, odbioru pakietów, lokalizacji biura zawodów i atmosfery w Szczelince po organizację biegu, bufetów, wreszcie do mety i wieczornego świętowania  - są fantastyczne!!! Świadczą o tym chociażby uśmiechnięte tłumy biegaczy, którzy zostają po biegu, by bawić się razem, wymieniać wrażenia, tańczyć, saunować i w końcu - zjeść niedzielne śniadanie! Naprawdę lubię tam wtedy być!

Na linii startu - w doborowym towarzystwie :)
Pierwsze 28 km biegło mi się nieźle, choć gorąc doskwierał. Może nawet biegłam nieco za szybko... Do trzeciego punktu kontrolnego, przy Pasterce dotarłam po niecałych 4 godz.

Uśmiecham się na widok... Grzesia czy bufetu?
Tam też zrobiłam sobie krótką przerwę na opatrzenie odcisków, którym nie dałam okazji się zagoić po poprzednich biegach, i które boleśnie dały o sobie znać. Tu też po raz pierwszy poczułam się głodna! To zły znak, ponieważ z doświadczenia wiem, że odżywiać podczas biegu należy się tak, by właśnie nie zgłodnieć - to już sygnał, że organizm nie ma energii. Do tego momentu zjadłam 2 żele. Plan miałam taki, by jeść żel co 2 godziny i wszystko byłoby w porządku, gdybym jadła coś jeszcze. Ale było tak ciepło, że nie miałam ochoty na nic innego niż picie. To ssanie w żołądku mnie jednak zaniepokoiło, więc na trzecim bufecie posiliłam się bananem i pomarańczami, i ruszyłam dalej.


Najlepszym odcinkiem było kolejne 10 km! Tak samo jak w zeszłym roku. Coś musi być w tym półmetku, że dodaje skrzydeł. Ponownie pofrunęłam ponad łąkami za Pasterką, zbliżając się coraz szybciej do tej dodatkowej pętli.

Zbieg przed czwartym bufetem - po słynnej dodatkowej pętli!
W bufecie czwartym napoiłam się coca-colą i pobiegłam dalej, znowu przez łąki, które tak lubię! Odciski coraz bardziej mi doskwierały i jakieś 4 km przed metą straciłam zapał do biegu. Głowa przestała współpracować z nogami i już bardzo chciałam dobiec na szczyt Szczelińca. Znowu trochę zgłodniałam, za mało jadłam i myślę, że to też miało ujemny wpływ na mój stan. Zwykle na takich biegach się przejadam, a tym razem nawet nie wiem dlaczego to zaniedbałam. Na szczęście to były ostatnie kilometry biegu i jak już dotarłam do schodów na Szczeliniec to wiedziałam, że lada moment zapomnę o każdym bólu i będę się cieszyła z ukończenia kolejnego górskiego maratonu!

A na mecie czkał na mnie już medal!
Łzy emocji, zimne piwo i dobra kwaśnica w schronisku, i mogłam wracać do Pasterki, gdzie o 20:00 odbyła się dekoracja zawodników a po niej koncert czeskiego zespołu Heebie Jeebie, sauna i pokaz zdjęć Piotra Dymusa, który zza obiektywu śledził nasze zmagania z Supermaratonem Gór Stołowych. Jego zdjęcia są po protsu genialne - do tej pory zazdrościłam jednemu biegającemu koledze, którego Piotr Dymus wielokrotnie uwiecznił na zdjęciach z biegów - a tu niespodzianka! Z SuperMGS mam własne zdjęcie tego wybitnego fotografa!


Jeśli nie przeraża Was dystans 50 km i spore przewyższenie terenu to...
do zobaczenia na SuperMGS za rok!