Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie tylko biegiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie tylko biegiem. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 października 2015

Milczenie jest złotem..?

Tak, ostatnio trochę zamilkłyśmy. Nie dlatego, że nic się u nas nie dzieje, wręcz przeciwnie. Świat zwariował! Jesteśmy matkami, żonami, przyjaciółkami, paniami domu i biegaczkami w jednym. Czasami ciężko pogodzić te wszystkie funkcje, ale dajemy radę. Obserwujemy, że i Wy dajecie! Pomimo naszego milczenia jest Was, nas - biegaczek, coraz więcej. To wspaniałe! Obiecujemy poprawę. Już niedługo szczerze o frustracji związanej z buntem dziecka na wózek i niemożnością (mam nadzieję chwilową) dzielenia z nim tej pasji. Mamy też w zanadrzu kilka relacji z bardzo ciekawych i mało nagłośnionych biegów. Zostańcie z nami!

Ania i Ola

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Zawód miłosny... na chłodno

Oj gdyby ten post pojawił się w piątek...

Kolejny raz potwierdza się teza, że z każdym ważniejszym tekstem (a poważnie podchodzę do tego co tu zamieszczam) należy się przespać (jakkolwiek dwuznacznie to brzmi).

Co się stało? Otóż będąc w piątek na treningu w mojej, do piątku, ulubionej siłowni w rodzinnym mieście, zostałam poinformowana, że moja dwumiesięczna córka nie może mi towarzyszyć. Motywowano to względami bezpieczeństwa. Ali i innych użytkowników siłowni. Pragnę zaznaczyć, że: a) mimo, że Alina jest najwspanialszym i najzdolniejszym dzieckiem na świecie, w wieku 2 miesięcy jeszcze ani nie raczkuje ani nie chodzi, b) nakarmiona, przewinięta i śpiąca obok mnie w foteliku samochodowym mogłaby zostać wzięta za wyposażenie lokalu, c) regulamin obiektu nie wspomina NIC o zakazie przebywania dzieci na jego terenie... Przynajmniej jeszcze minutę temu nie wspominał.

To przykre, że w niektórych klubach ćwiczącym bez przeszkód mogą towarzyszyć ich pupile, np. owczarki niemieckie, a w niektórych, nie mniej inwazyjne dzieci, nie są mile widziane...

Zaraz pewnie odezwą się głosy "No taaak... Ale gdyby wszyscy zaczęli przychodzić ze swoimi pociechami na siłownie..."

A ja na to powiem: "Niech zaczną!" Może właściciele siłowni wprowadzą wówczas jakieś udogodnienia dla rodziców i dzieci - stojaki do fotelików, godziny z odrobinę cichszą muzyką, przewijaki w szatniach... Niby nic wielkiego, a sprawiłoby, że byłoby łatwiej. Łatwiej wyjść z domu, łatwiej funkcjonować na siłowni. My z Alą o to nie zabiegamy, jesteśmy twardym duetem. Obchodzimy się bez tych bonusów. Bo to nie problem przewinąć czy nakarmić malucha na ławce, postawić fotelik na wykładzinie czy (tu piszę, mam nadzieję, w imieniu Ali) spać przy głośnej muzyce stojąc w foteliku na podłodze koło mamy czy taty.

Bo prawie zawsze "chcieć to móc!", prawda?

Tylko, że z tym "prawie" jest jak jest...

Ola


czwartek, 2 kwietnia 2015

Czarny rynek pakietowy

Hurra!!

Udało mi się odkupić pakiet startowy na poznański półmaraton! Szczęście jest o tyle większe, że odkupiłam go za cenę, w jakiej został nabyty. Dziwne, że o tym piszę? Otóż nie...

Okazuje się, że bieganie stało się tak popularne, że aby uczestniczyć w "topowych" biegach należy albo jeszcze przed rozpoczęciem zapisów usiąść przed komputerem i klikać co chwilę "odśwież", by zarejestrować się w pierwszym rzucie, co często wiąże się z uiszczeniem opłaty startowej od ręki (czasami znacząco uszczupla to domowy budżet, szczególnie kiedy zapisy są pod koniec miesiąca, a biegaczy w domu więcej niż jeden) albo liczyć na to, że uda się nabyć pakiet od kogoś, kto z tych czy innych przyczyn z biegu rezygnuje.


W drugim przypadku zdarza się tak, że osoby od których odkupujemy możliwość uczestniczenia w biegu widząc zainteresowanie gawiedzi chcą nas nabić w butelkę. Windują ceny do granic absurdu. Ale jak wiadomo jednym z czynników kształtujących cenę jest popyt.

Ze względu na to, że daaawno nie biegałam w tak popularnych biegach jak 8 Poznań Półmaraton (8 PP) ominęło mnie to całe szaleństwo. Dopiero moje gapiostwo spowodowało, że zostałam zmuszona polubić na FB profil "Kupię pakiet startowy"(notabene doskonałe miejsce dla spóźnialskich) i zaczęłam się dziwić...

Pomimo, że udział w 8 PP zgodnie z regulaminem biegu w najgorszym wypadku kosztowałby 100 zł, na "czarnym rynku" oferowano sprzedaż pakietów po 400-500 zł! Czy zostały sprzedane w tej cenie? Nie wiem. Śmiem myśleć, że znalazła się jedna czy dwie osoby, które taką cenę zapłaciły. Ale mam pewność, że znalazły się osoby, które zapłaciły więcej niż 100 zł.

Nie oceniam. Ustawodawca już to zrobił (art. 133 kw). Poddaję jedynie pod rozwagę...

piątek, 27 lutego 2015

Pierwsze koty za płoty!

Po wczorajszym treningu z Alą naszła mnie pewna myśl... Kobiety można podzielić według różnych kryteriów - koloru włosów (blondynki, brunetki, rude), wzrostu (długonogie i krępe ;P).

Od wczoraj funkcjonuje dla mnie nowa kategoria - sposób zapinania stanika (kobiety zapinające stanik z tyłu i te, które zapinają go z przodu, a następnie okręcają).

Z własnego wyboru należę do okręcaczy. Wolę podczas zapinania stanika widzieć te haftki, które dla niejednej/niejednego są barierą nie do pokonania. Może taki sposób nie jest super sexi, ale jest WYGODNY! Szczerze mówiąc dawno nie miałam przyjemności (jak dla mnie wątpliwej) by w ten bardziej pociągający sposób obchodzić się z moją bielizną...

Wczoraj przypomniałam sobie jakie to jest trudne!

Kojarzycie Shock Absorbera? Rewelacyjny stanik dla biegających kobiet z miseczką C i więcej.
http://www.ilikerunning.com/shock-absorber-run-sports-bra/

A kojarzycie bieganie z dzieckiem karmionym piersią z mamą, która nie używa laktatora?

Powiem Wam, że nie jest to najszczęśliwsze połączenie.

Zaczęło się według planu - Mała nakarmiona, przewinięta i śpi w wózku. Biegniemy. Tempo ładne jak na trzecie wybieganie po cesarskim cięciu - 5:30 min/km. Pierwszy kilometr, drugi, czwarty i ... SYRENA! "Hmm... zaraz się uspokoi - wózek ją ukołysze"... SYRENA!!! "No dobra, nie ukołysze".

Robię Pit-stop. Rozpinam kurtkę, podnoszę koszulkę termiczną ("brr, ale zawiało po nerach"), rozpinam stanik (tak, tak, Shock Absorber ma tę genialną trzecią klamrę pomiędzy łopatkami utrzymującą biust w ryzach... dziś wyjątkowo mi z nią nie po drodze...).

Udało się. Syrena milknie. Uff... No to hajda zapinam stanik (tu wcielam się dość nieporadnie w kobietę zapinającą stanik z tyłu). Męczę się dobrą minutę. Jest! Koszulka w dół, kurtka zapięta, mogę biec i... SYRENA!

Rozpinam kurtkę, podnoszę koszulkę ("no niby 8 stopni na plusie ale jakoś tego nie czuć"), stanik. "No, już je. Alarm zażegnany".

Ubieranie w szybszym tempie (znów szarpie się ze stanikiem). Zapinam kurtkę, Ala śpi, ja świętuje triumf raźno przebierając nogami, bo brrrrr zmarzłam. Piąty kilometr :) "No to jeszcze jedno kółko" (jestem nad Maltą). I tu - niespodzianka - SYRENA!!!

Na co grzecznie skręcam na mostek i kieruje się do galerii do pokoju matki z dzieckiem, gdzie ciepło, nie wieje i ten cholerny stanik można zmienić na miękki - do karmienia ;)

Ola

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Ciąża bez lukru, czyli to raczej nie jest artykuł dla mężczyzn. Część I

Do daty porodu wyznaczonej przez lekarza zostało mi już tylko kilka dni. Postanowiłam zatem podsumować to i owo, kiedy mam jeszcze na to czas. Wszyscy straszą mnie bowiem, że jak Mała się urodzi na nic nie będzie czasu… Jak to mam w naturze – powątpiewam…

39 tydzień ciąży - 12,5 kg na plusie
BILANS WAGOWY
Waga startowa – 55 kg (27 kwietnia 2014 r.)
Waga obecna – 67,5 kg (19 stycznia 2015 r.)

Matematyka mówi, że przytyłam 12,5 kg. Zgodnie z zapiskami w karcie przebiegu ciąży przyrost wagi wyglądał następująco:

  • 7/8 tc (tydzień ciąży) – 56 kg
  • 12/13 tc – 56 kg
  • 18 tc – 58 kg
  • 22/23 tc – 60 kg
  • 26/27 tc – 61 kg
  • 31/32 tc – 65 kg
  • 33/34 tc – 67 kg
  • 36 tc – 67 kg
  • 39 tc - 67,5 kg
Startowałam z wagą 55 kg, czyli moją wagą restową. Normalnie w maju ważę trochę mniej, bo ok. 52-53 kg. Waga spada mi dzięki dłuższym i bardziej intensywnym treningom, a także częstszym startom na początku roku. W maju 2014 r. ważyłam więcej, bo tak naprawdę od listopada 2013 r. do końca kwietnia 2014 r. znacznie ograniczyłam treningi, bo co tu dużo ukrywać - od dłuższego czasu funkcjonując normalnie chcieliśmy powiększyć z mężem rodzinę i się najzwyczajniej w świecie nie udawało. Za radą lekarza oboje trochę przystopowaliśmy… do kwietnia, bo dłużej nie daliśmy rady. Poziom frustracji spowodowany brakiem dwóch kresek na teście połączony z brakiem biegania sprawił, że na majówkę pojechaliśmy „wyżyć się biegowo” w Karkonosze. I tam zaszłam w ciążę. Pomimo, że codziennie przebiegaliśmy sporo kilometrów. Jak widać u nas poskutkowało wyluzowanie psychiczne, a nie ograniczenie treningów…

BIEGANIE W CIĄŻY
W najbardziej newralgicznym okresie ciąży – zagnieżdżanie się jajeczka w macicy – przebiegłam 55 km podczas GWiNTa, o którym pisałam TUTAJ. Nie wiedziałam jeszcze, że jestem w ciąży. Pewnie gdyby tak było odpuściłabym tę imprezę. Ze strachu. Tak było z Chojnik Maratonem. Pomimo opłaconego pakietu nie pobiegłam. Okrasiłam to łzami, marudzeniem i wściekłością. Wiedziałam, że jak po kolejnej wizycie u lekarza okaże się, że wszystko gra, wdrożę do mojego planu dnia co najmniej truchtanie, a miałam nadzieję, że normalne, może nie katorżnicze treningi.
I na szczęście od samego początku do teraz (odpukać w niemalowane) z Małą było wszystko dobrze. Dzięki temu pobiegłam z tatą i Julą w Pogoni za wilkiem, Biegu Pod Tysiącletnimi Dębami, czy III Biegu Libra – Biegaj z nami. Biegałam treningowo 1-2 razy w tygodniu przeplatając to aerobikiem, pilatesem, basenem i jogą. Oczywiście treningi odbywały się na dużo niższej intensywności niż te sprzed ciąży. Kierowałam się zasadą, by cały czas biegać w I zakresie, na niskim tętnie. By wyjście na trening było czystą przyjemnością, nie wyzwaniem, nawet gdyby oznaczało to bieganie metodą Gallowaya (marsz na przemian z biegiem). Obserwowałam swoje ciało, by nie przeoczyć żadnego niepokojącego sygnału.
Najtrudniejszym biegowo okresem był dla mnie przełom 6 i 7 mc (miesiąca ciąży). Spowodowane było to koniecznością częstego oddawania moczu. Do tej pory należałam do osób z serii „jak dwa razy dziennie zajrzę do toalety, to max”. W ciąży zmieniłam się w „każdy krzaczek jest mój”. Fakt to wstydliwy acz prawdziwy. Wówczas biegało mi się najgorzej. Nawet w ostatni piątek, pomimo już pokaźnego brzucha nie czułam takiego naporu na pęcherz jak w 6 mc.
Bieganie odpuściłam zupełnie w drugiej połowie grudnia 2014 r. Tak na wszelki wypadek, by Ala nie urodziła się pod koniec roku i nie była najmłodszym dzieckiem w klasie (takie moje widzimisie).
Ale już 3 stycznia 2015 r. wspólnie ze znajomymi witaliśmy „na biegowo” Nowy Rok. Spokojne 10 km wokół Rusałki było dla mnie wielką przyjemnością! Ba… w TAKIM towarzystwie :-)!
Jako, że planuję poród w moim rodzinnym mieście, którym nie jest Poznań, już od 7 stycznia siedzę rodzicom na karku i wypatruję symptomów porodu. Bez skutku. Ani truchtanie (obecnie po ok. 3 km co 2-3 dzień), ani aerobik (rano ABT, TBC, Cellulit Killer, Fitt Ball albo Body Shape, wieczorem Pilates albo zdrowy kręgosłup - tak, tak… mam kartę Multisport, fajny klub 3 minuty od domu i mnóstwo wolnego czasu…) nie chcą go przyspieszyć.

ĆWICZENIA W CIĄŻY
żródło: www.fabryka-formy.pl
Kiedyś już pisałam, że poza bieganiem bardzo lubię wszelkie formy aerobiku (poza tymi tanecznymi – ZUMBA, STEP – w których nie potrafię się odnaleźć). Całą ciążę chodziłam do różnego rodzaju klubów w Poznaniu i testowałam zajęcia i podejście instruktorów do kobiet ćwiczących w ciąży. Wnioski nie są zadowalające. Niestety. Ilość instruktorów wiedzących jak podejść do ciężarnej i jakie zamienniki ćwiczeń jej zaproponować, kiedy te dla całej grupy są nieodpowiednie, jest zatrważająco mała. Z czystym sumieniem mogę polecić Wam zajęcia Pilates, FitBall, Zdrowy kręgosłup, BodyArt i Stretching w Fabryce Formy Green Point Poznań, a także Pilates i Zdrowy kręgosłup w Fabryce Formy Kinepolis Poznań. Niestety tylko te dwa miejsca spośród wielu, które odwiedziłam, mają instruktorów, którzy jeśli zgłosisz im przed zajęciami, że jesteś w ciąży, nie wyproszą cię z sali (a i takie sytuacje mnie spotykały), tylko zrobią wywiad w którym tygodniu ciąży jesteś i dostosują zajęcia do twoich potrzeb.

PRZYDATNE GADŻETY DLA BIEGACZKI W CIĄŻY
Kiedy zaszłam w ciążę pomyślałam, że będzie to okazja do przetestowania różnego rodzaju nowinek technicznych ułatwiających bieganie. Myślałam też, że okupię się w jakieś designerskie ciuszki podkreślające krągłości, pasy podtrzymujące brzuch podczas biegu. A tu wielkie rozczarowanie… Całą ciążę przebiegałam w starych butach – na asfalt mam Saucony Triumph 3, które jak na złość nie chcą się rozlecieć, w teren – nieśmiertelne Walsh PB Elite X’Treme i Salomony XT Wings, które już na szczęście dogorywają. Garderoby też nie zmieniłam, bo i stanik Shock Absorber Run dał radę pomimo powiększonego o numer, może półtora biustu, choć muszę przyznać, że po treningu z przyjemnością go ściągam, by odetchnąć pełną piersią. I koszulki do biegania okazały się wystarczająco rozciągliwe. Nareszcie koszulki rozdawane w pakietach startowych zostały rozpakowane. Największy problem sprawiły mi spodenki. Latem podkradałam Mateuszowi jego Craft’y, które na niego są lekko za małe, a na mnie w ciąży idealne. Jesienią getry z Lidla z serii biegowej wzorowo zdawały egzamin, a do dziś są idealne na siłownię (mam wrażenie, że rosną razem ze mną... Teraz mam największy problem. Biegam w moich starych zimowych getrach, które zawijam pod brzuch, tak by go nie uciskały. Muszę wtedy jednak kombinować z dłuższymi koszulkami i kurtkami, żeby nie biegać z pępkiem na wierzchu… Ale jak to mówią „dla chcącego nic trudnego”. Gdyby jednak chcieć kupić sobie coś specjalnie na okres ciąży, to uwierzcie mi – jest słabo. Szukałam w Polsce – nic, w świecie – jakieś pojedyncze spódniczki, spodnie z szerszymi pasami. Generalnie BIEDA. Nie rozumiem dlaczego firmy produkujące odzież biegową nie dbają o coraz liczniejszą grupę klientów (klientek… precyzyjniej rzecz ujmując). Zastanawiające. Mam nadzieję, że jeśli zbliżający poród nie wpłynie na moje „dzieciowe plany”, to w drugiej ciąży będę mogła już wyglądać jak biegaczka w ciąży a nie jak biegaczka w ciuchach swojego męża… a ostrzegam wszystkich producentów, że nie planuję czekać z drugą ciążą całej dekady!
Pan Rogal
Jak widzicie z biegowych gadżetów nie mam nic. Z takich niebiegowych też nie mam dużo - wiadomo w pewnym momencie trzeba wymienić część garderoby. Najważniejszą dla mnie rzeczą jest jednak Pan Rogal. Bez niego spanie od 7-8 mc byłoby znacznie utrudnione. Szczerze polecam i już drżę kiedy będę musiała się z nim pożegnać - Pan Rogal nie jest lubiany przez mojego męża...

c.d.n...

środa, 24 grudnia 2014

wtorek, 7 października 2014

Narodowy Spis Biegaczy zakończony

Pamiętacie jak pisałam o Narodowym Spisie Biegaczy? Opis tej akcji znajdziecie w TYM POŚCIE. Spis już zakończony i ze strony organizatora wiemy, że w listopadzie, na bazie ankiety, którą wypełnialiśmy biorąc udział w spisie, powstanie raport o biegowej społeczności w Polsce. W NSB wzięło udział ponad 60 tys. biegaczy, z czego ok 40% to kobiety. Inne wstępne dane statystyczne wynikające ze spisu znajdziecie TU.

źródło: http://spisbiegaczy.pl/spis2014/0,0.html

Jak tylko raport się pojawi to od razu damy znać. Jestem bardzo ciekawa jakie wnioski z niego płyną!

Tym bardziej, że sama się ostatnio nad rodzimą sceną biegową zastanawiałam. A skłoniły mnie do tego komentarze dotyczące frekwencji dwóch, znanych już, imprez biegowych w Warszawie: Maratonu Warszawskiego i 10 kilometrowego Biegnij Warszawo. Relacje z obu biegów skupiły się na rekordowym spadku ilości uczestników! Wśród komentarzy pojawiały się różne domysły, dlaczego tak się stało. Czy tego typu imprezy się już znudziły? Zawalili organizatorzy? Za duża konkurencja? Za drogi udział w biegu? Powodów podawanych było wiele, ale prawdziwej przyczyny pewnie trudno szukać bez większej analizy fenomentu tego rodzaju wydarzeń sportowych. 

I dlatego właśnie zainteresowanym poznania od kuchni tajników organizacji imprez biegowych proponuję udział w konferencji organizowanej przez Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu, która odbędzie się już niedługo - 6-7 listopada - w Poznaniu. 

źródło: http://konferencjabiegowa.pl/
Jest to Druga Ogólnopolska Konferencja Metodyczna: Marketing Profesjonalnych Imprez Biegowych, o której też wcześniej pisałam na blogu. Konferencja reklamowana jest przez organizatorów, czyli Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu, jako "konferencja dla miłośników biegania". Pierwszego dnia konferencji zaplanowano cztery sesje tematyczne, a drugiego dnia - trzy sesje z sześcioma panelami dyskusyjnymi, z których każdy uczestnik może wybrać udział w trzech z nich. Wśród zaproszonych gości i prelegentów są m.in. Marcin Świerc, Paweł Czapiewski, Rafał Wieruszewski, Tomasz Zimoch, Patrycja Wyciszkiewicz, Joanna Fiodorow i dr Czesław Cybulski.

Tematem konferencji jest wprawdzie marketing imprez biegowych, ale myślę, że może to być wydarzenie ciekawe też z punktu widzenia biegacza, który jest przecież odbiorcą tego marketingu i to własnie, by popularyzować bieganie i przyciągnąć na zawody jak największą liczbę startujących prowadzone są różne akcje promocyjne. Również blogowanie jest w pewnym sensie formą marketingu biegania :)

Może udział w tej konferencji da podpowiedź, co poszło nie tak w Warszawie, że frekwencja tak drastycznie spadła?

Więcej o samej konferencji, programie, rejestracji, itd. dowiecie się POD TYM ADRESEM.

Zapraszam do udziału, a jeśli nam uda mi się wysłuchać choć kilku prelekcji - na pewno się z Wami podzielimy relacją! Tymczasem mam nadzieję, że poznański maraton, który odbywa się już w najbliższą niedzielę, potwierdzi, że atmosfera, organizacja i renoma przyciągają coraz więcej biegaczy i nie będzie żadnej dyskusji o marnej frekwencji!
Ania

wtorek, 30 września 2014

B jak Biżuteria dla Biegaczki i Biegacza

Intensywny okres startowy mija, mam więcej czasu dla siebie i mogę cieszyć się przyjemną i słoneczną jesienią! Jest też w końcu czas, by pochwalić się Wam pomysłowym biegowym prezentem, który dostałam od Marka. Marek jakiś czas temu rzucił wśród znajomych hasło, że zbiera stare, popsute zegarki i będzie z nich robił biżuterię. Nie bardzo mogłam sobie wówczas wyobrazić co on tak naprawdę zamierza. Do czasu, gdy...

... na imieniny dostałam taki oto wisiorek:

 

No to teraz nie ma odwrotu - jak World Runs, to czas się wziąć do biegowej roboty, nie odpuszczać treningów, snuć plany i realizować marzenia!

Jak zobaczyłam inne projekty Marka to stwierdziłam, że pomysłowość nie zna granic i można z tych cyferblatów, wskazówek, datowników, śrubek i co tam jeszcze zegarki kryją w sobie - skomponować naprawdę ciekawą biżuterię. Oryginalny pomysł, dzięki któremu można zindywidualizować prezent - a ja takie lubię najbardziej!

W tym również dla panów: np. spinki do mankietów. Wybrałam dla Was te ze sportowym akcentem - dla triathlonisty lub kolarza :)



Albo dla miłośniczki rowerów miejskich lub triathlonistki, dla której nie liczy się sprzęt, gdyż uczuciem wielkim darzy swój stary rower i nie wyobraża sobie trenować na jakiś szosówkach czy czasówkach - taka z niej retro-kolarzówka :)


To wybrane przykłady ze sportowej kolekcji. Innych - z przeróżnymi motywami jest więcej.

Dla sceptycznie nastawionych do rękodzieła - nie jest to "dzieło" jakie znacie z jarmarków. Biżuteria jest starannie wykonana, nie ma śladów "majsterkowania" czy dłubania przy niej metodą chałupniczą. Robi wrażenie! 

Nie macie pomysłu na prezent dla biegającej czy uprawiającej inny sport drugiej połowy, kolegi, brata, siostry...? Śmiało można wybrać taki wisiorek, spinki, kolczyki czy brelok. Marek realizuje indywidualne zamówienia - trzeba mu tylko określić motyw i możecie się spodziewać zaskakujących efektów!

Więcej przykładów (nie tylko sportowej) biżuterii dostępnych jest bezpośrednio u Marka, z którym chętnie Was skontaktuję - dajcie znać w komentarzu lub mailowo: biegaczki@gmail.com

Jeśli ktoś lubi biżuterię lub chce zaskoczyć oryginalnym prezentem, to uważam, że jest to pomysł jak znalazł! Ja już mam w głowie parę innych biegowych motywów, a że święta już niedługo... Polecam!

A Wy? Macie jakieś sprawdzone pomysły na prezent dla biegacza czy biegaczki? Podzielcie się!

Ania

piątek, 5 września 2014

Przegryzaki na sobotni (i nie tylko) wieczór

Kto z nas nie lubi oglądając wieczorem film czegoś pochrupać? Nie znam takiej osoby! Wiem jedno - chipsy, popcorn czy krakersy (które szczerze uwielbiam) nie wpływają dobrze na moją formę - tak biegową, jak psychiczną.

Dlatego dziś zaprezentuje Wam mój zestaw na sobotni (i nie tylko) wieczór przed telewizorem, który w zdecydowanie mniejszym stopniu odkłada mi się w okolicach bioder ;)


Składniki: (długość jednego filmu dla 2 osób)

  • 5 dużych marchewek
  • paczka selera naciowego
  • 1 duża czerwona papryka
  • 1 naturalny jogurt grecki - 400 ml
  • 2 ząbki czosnku
  • 5 rzodkiewek
  • zioła (np. prowansalskie)
  • sól
  • pieprz
Przygotowanie:

"Paluszki"

Marchewki, seler i paprykę dokładnie umyć. W zależności od upodobań obrać (albo nie) marchew. Wszystkie warzywa pokroić w słupki. Włożyć do szklanek/pudełek niczym paluszki.

Sos
Do miseczki wsypujemy pokrojoną drobno rzodkiewkę, ok. łyżki stołowej ziół prowansalskich, dwa posiekane albo przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku i mieszamy z jogurtem. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem.


Gotowe!

Miłego chrupania!

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Wakacyjny start!

W tym tygodniu na blogu będzie się działo... nic! Jesteśmy na wakacjach, a jak wakacje to na całego - detoks od cywilizacji, szczególnie tej cyfrowej.

Ale, ale - biegacz nie byłby biegaczem, a biegaczka biegaczką, gdyby na urlopie nie potruchtała sobie choć trochę i nie pouprawiała innego sportu. Poniżej przedstawiam Wam parę informacji o naszym najbliższym starcie - wakacyjnym!

Trasa - setki kilometrów rajdu przygodowego: przeprwawa z PKP, rower, żagle i oczywiście bieganie.

Różnica wzniesień - maksymalna. Planujemy same wzniosłe nastroje, z przerwami tylko na sen!

Bufety - czasem dużo i wszędzie, a czasem takie pustkowie, że dobrze mieć Sprawdzone Smakołyki w zanadrzu! Poza tym kuchnia regionalna, ale w zestawie obowiązkowym każdej startującej jest kawiarka, by nim obeschnie poranna rosa i opadną mgły na trasie, obudzić się do aktywnego dnia.

Limit czasu -  10 dni.

Profil trasy:

Do przeczytania za tydzień!

środa, 21 maja 2014

Co frustruje biegaczy?


Wyobraźcie sobie idealny scenariusz: siadacie w listopadzie z kartką i długopisem w ręce. Macie otwarty kalendarz biegów górskich i wypisujecie poszczególne biegi, w których chcielibyście wziąć udział w kolejnym roku. Konstruujecie tabelę z dwunastoma kolumnami – miesiącami. Wpisujecie w nie konkretne biegi, terminy w których startują na nie zapisy. W tabeli umieszczacie nawet daty graniczne uiszczenia najniższej opłaty startowej. Rozkładacie sobie w czasie wydatki, tak by domowy budżet nie ucierpiał za bardzo ze względu na waszą biegową pasję. Uśmiechacie się w duchu – pierwszy krok do nowego sezonu za wami. Jest plan startowy. Teraz należy tylko trenować.

Czy aby na pewno?

Okazuje się, że niestety nie.

Opisana powyżej sytuacja dotyczy mojej osoby. Lubię metodycznie podejść do tematu. W tym roku zaplanowałam sobie średnio jeden "poważniejszy" start w miesiącu. Dobierałam biegi pod względem długości trasy, jej atrakcyjności. Był plan. Plan wydawałoby się - idealny. Niestety. Mój optymistyczny scenariusz musiał ulec zmianom. Wielu zmianom. Dlaczego? Otóż jak się okazało, scena biegów górskich w Polsce, ma coraz większą ilość zwolenników. Niektóre biegi stały się tak popularne, że o zapisach na nie należałoby pomyśleć rok wcześniej, a uiścić opłatę startową co najmniej na pół roku naprzód. Domyślacie się o jakich biegach mówię?

Najbardziej za skórę „zalazł mi” jednak bieg rzeźnika. Miał być jedną z ważniejszych pozycji w moim kalendarzu. Bardzo chciałam zmierzyć się zarówno z dystansem, jak z formułą biegu w parach. Trasa licząca blisko osiemdziesiąt kilometrów prowadząca przez malownicze Bieszczady w towarzystwie przyjaciółki. Czego chcieć więcej? Więcej niczego. Trzeba było chcieć tak naprawdę jednego – miejsca na liście startowej. Okazało się bowiem, że czatując przy komputerze na 10 minut przed rozpoczęciem rejestracji zaczynającej się punktualnie o 15:00, niekoniecznie musisz zdążyć się zapisać. Miałam na podorędziu laptopa, dwa telefony z dostępem do internetu i... się nie udało. Kiedy już strona z formularzem zgłoszeniowym nareszcie się wczytała, pojawił się na niej komunikat, że limit uczestników został już osiągnięty...

Że co? Że niby kiedy? Przecież jest 15:08! Jak sobie przypomnę tę chwilę, to znów ogarnia mnie ta sama frustracja. Dodatkowo organizator zamieszczający informację na stronie, że nie sądził, że w osiem minut osiągną limit uczestników, że liczyli raczej że zapisy rozejdą się w nie krócej niż godzinę (godzina to przecież AŻ 7,5 razy więcej niż osiem minut! - toż to mnóstwo czasu!). Tymczasem, podobno w pierwszej minucie rejestracji było 100000 odwołań do strony z formularzem…

Organizatorzy przeprosili za zaistniałą sytuację i chcąc uniknąć podobnej w rundzie dogrywkowej, postanowili zorganizować ją w formie losowania. Okej. Przekonało mnie to. Losowanie jest fair. Zapisałyśmy się więc z Anią do rundy dogrywkowej licząc na szczęśliwą rękę losującego. Jak się później okazało – bezskutecznie.

Wiem, że biegi górskie stają się coraz bardziej popularne. Z roku na rok coraz więcej ludzi biega po górskich ścieżkach. I bardzo dobrze. Uważam jednak, że organizatorzy tych najbardziej popularnych czy jak kto woli prestiżowych biegów – Biegu rzeźnika, Maratonu Gór Stołowych, czy Biegu Marduły, powinni pomyśleć, by wprowadzić zapisy oparte o losowanie. Z mojej perspektywy wykluczy to poczucie niesprawiedliwości wśród tych, którym nie udało się być przy komputerze w czasie startu zapisów, czy których sprzęt elektroniczny nie podołał wyzwaniu szybkiego logowania.

Takie rozwiązanie od lat stosowane jest w zachodnich biegach takich jak Zegama czy UTMB. Do losowania przystępują wszyscy zarejestrowani na stronie organizatora uczestnicy. Jeśli zapisało się na bieg 8000 osób na 250 przewidzianych miejsc, organizator podczas losowania ustala kolejność wszystkich biegaczy biorących udział w losowaniu. Tak, by w przypadku nieuregulowania przez pierwsze 250 osób opłaty za bieg w terminie, na ich miejsce wskakiwały kolejno osoby z numerem 251, 252, itd. Bo losowanie jest jedno. System nie wydaje się być skomplikowany dla organizatorów, a tym bardziej uczestników losowania. A co najważniejsze jest przejrzysty.

I tak naprawdę poza kilkoma dyskusjami ze znajomymi na temat potrzeby wprowadzenia systemu losowania, cała ta historia rozeszłaby się po kościach. Gdyby nie pewne spotkanie.

Wyobraźcie sobie, że na starcie biegu spotykacie znajomego i standardowo z jego, czy waszych ust – bez znaczenia – pada pytanie o najbliższe plany startowe. On z dumą mówi, że ponownie zmierzy się z trasą biegu rzeźnika. Wy na to – że super, że też bardzo chcieliście wziąć w nim udział, ale że te zapisy, że serwer nie podołał, że generalnie jest mega szczęściarzem. Na co słyszycie, znów z dumą... „wiesz, JA to na te wszystkie biegi nie muszę się zapisywać, JA wystarczy, że zadzwonię do organizatora, a on już dla MNIE miejsce znajdzie”.

Powiem wam, że poczułam się tak, jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro zimnej wody i ze śmiechem krzyknął „Ola! Obudź się! Co Ty sobie myślałaś?!!”.

I znów na tapecie - przejrzystość losowania. Wiem, że organizator ma zarezerwowaną pewną ilość miejsc do rozdysponowania. Standardowo jednak te miejsca przewidziane są albo dla najlepszych, albo dla celebrytów (ambasadorów biegu) albo dla biegających sponsorów. Nie spotkałam się ze zwyczajem, by te "specjalne miejsca" przeznaczone były dla tych, którzy ledwo mieszczą się w limicie, którzy w dodatku nie są ani sponsorami ani osobami służącymi promocji imprezy - która promocji nie wymaga. Ale jak widać tak zaczyna przedstawiać się biegowa (górska!!!) rzeczywistość. Smutne.

Tego typu akcje powodują nowe zjawisko - podłączanie się do biegu "na stary numer startowy" albo "na partyzanta" - kto jaką nazwę woli .

Osobiście nie wyobrażam sobie uczestniczyć w ten sposób w jakimkolwiek biegu. Oczywiście można sobie i innym tłumaczyć, że żyjemy w wolnym kraju, że przecież nikt nie zabroni nam biec z przypiętym do piersi numerem startowym po tej samej trasie i w tym samym czasie, kiedy rozgrywany jest bieg. Oczywiście. Nikt tego nie zrobi. Ale czy biegnąc w taki sposób czulibyście się komfortowo? Mięlibyście wolną głowę? Czerpalibyście stuprocentową radość z biegu? Ja nie. Pojawiają się też inne pytania - czy podczas takiego "lewego" biegu korzystać z bufetów przygotowanych dla biegaczy, którzy uiścili opłatę startową? "Przecież łyczek napoju izotonicznego to nic takiego..." Czy aby na pewno? A co jeśli zdarzy się nam kontuzja podczas biegu. Nie mówię o otarciu - z nim można dobiec do mety. Ale złamanie - ingerencja GOPRu. Zastanawialiście się kiedyś jakie byłyby tego konsekwencje?

Nie odczytujcie tego wpisu jako gorzkich żali Oli, której nie udało zapisać się na bieg. Nie taki jest mój cel. Prędzej czy później uda mi wziąć w nim udział (mam nadzieję, że prędzej). Chodzi mi przede wszystkim o zwrócenie uwagi na pewne zjawiska, które stają się coraz bardziej powszechne. Może warto o tym wspólnie porozmawiać, wymienić swoje spostrzeżenia, które docelowo można by przelać na papier i wysłać do organizatorów najbardziej popularnych biegów w Polsce. Co o tym sądzicie?

Ola

czwartek, 15 maja 2014

Igrzyska Herajskie – czyli o początkach kobiecego biegania

Kobiety w starożytnej Grecji rzadko kiedy dopuszczane były do rywalizacji sportowej. Było to konsekwencją zarówno poglądów religijnych, jak przekonania o swego rodzaju ułomności cielesnej kobiet. Wyjątek stanowiła Sparta, w której wierzono, że silne i wysportowane kobiety będą wydawały na świat dobrych i silnych spartańskich wojowników. Nie wiadomo czy to wpływ Sparty czy inne czynniki sprawiły, że poza znanymi nam Igrzyskami Olimpijskimi organizowanymi na cześć Zeusa, co cztery lata w Olimpii organizowano zawody na cześć bogini Hery, zwane Igrzyskami Herajskimi. Zawody te dedykowane były wyłącznie dla kobiet.

Za organizację zawodów odpowiedzialnych było szesnaście mężatek. Podobnie jak na Igrzyskach Olimpijskich, rywalizacja na Herajach początkowo odbywała się wyłącznie w biegach rozgrywanych na stadionie. W zawodach mogły brać udział jedynie niezamężne dziewczęta. Podzielone były na trzy kategorie wiekowe. Jako pierwsze startowały zawodniczki najmłodsze wiekiem. Zgodnie z przekazem Pauzaniasza (wodza spartańskiego z przełomu VI i V w. p.n.e.) kobiety w przeciwieństwie do mężczyzn nie rywalizowały nago. Pauzaniasz w swym dziele zatytułowanym „Dzieje Grecji” tak opisywał zawodniczki biorące udział w Herajach: “Ich włosy były rozpuszczone. Tuniki sięgały niewiele powyżej kolan, a ich prawe ramię i pierś były odsłonięte”. Historycy jednogłośnie twierdzą, że strój biegaczek był hołdem dla silnych kobiet, za które wówczas uważano Amazonki, plemię wojowniczych kobiet wywodzących się od boga Aresa i nimfy Harmonii, które jak twierdzono, usuwały dziewczętom pierś, aby nie przeszkadzała im w napinaniu cięciwy łuku lub rzucaniu dzidą.

W British Muzeum znajduje się statuetka biegnącej dziewczyny ubranej w sposób opisywany przez Pauzaniasza. Figurka prawdopodobnie została wykonana w Sparcie ok. 500 r. p. n. e., a znaleziona w mieście Prizren (miasto w południowym Kosowie w pobliżu granicy z Albanią).



Kobiety pokonywały 5/6 dystansu przeznaczonego dla mężczyzn, co dawało 160 m. Zwyciężczyni w nagrodę otrzymywała koronę z gałązek oliwnych oraz możliwość umieszczenia jej portretu w świątyni Hery. Niestety żaden z tych portretów nie doczekał dzisiejszych czasów.

Wszystkie informacje o Herajach bazują na dziele Pauzaniasza. Ze względu na brak innych źródeł wiele pytań do dziś pozostaje niewyjaśnionych. Nie wiadomo czy lekkoatletki zjeżdżały się na Igrzyska Herajskie z całej Grecji czy tylko z najbliższych okolic Olimpii. Bardziej prawdopodobne jest to drugie. Nie ma również pewności kiedy rozegrały się pierwsze igrzyska, jednak większość historyków przyjmuje, że jest to data między ósmym a szóstym wiekiem p. n. e.

piątek, 9 maja 2014

Ania zdobyła Island Peak! (6189 m.n.p.m.)

Kilka minut temu tata Ani poinformował na swoim profilu na Facebooku, że Ania z Grzesiem zdobyli w czwartek, 8 maja 2014 r., szczyt Island Peak (Imja Tse).

Treść wiadomości od nich:
"8 maja jako pierwsi tego dnia o 9:48 zdobyliśmy Island Peak! Było to wyzwanie! Ponad 360 m pionowej ściany! Pękamy z dumy i szczęścia. Teraz na dół i za 3 dni Katmandu."

Niewtajemniczonym powiem tylko, że Island Peak to szczyt wznoszący się 6189 m.n.p.m., a znajdujący się w Himalajach we wschodnim Nepalu.

Więcej z pewnością opowie Ania po powrocie :)



niedziela, 4 maja 2014

Sto lat!


Nie, nie była biegaczką. Była tancerką, modelką i aktorką. Od 1967 roku ambasador dobrej woli UNICEF.

Jej  kreacja w "Śniadaniu u Tiffaniego" to jedna z najbardziej znanych w historii kina. Dziś skończyłaby 85 lat.

Audrey Hepburn.







Taka moja prywata...
Ola