Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Relacje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lipca 2015

Bo to jest tak, że ja wolę dłuższe dystanse...


Zapisywałam się na Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich z drżącym sercem. Bałam się trochę o siebie, bo dawno nie biegałam niczego powyżej półmaratonu, a czekało na mnie 65 km, które w rzeczywistości okazało się 68 km, ale przede wszystkim bałam się o Alę. Od lutego funkcjonujemy jak naczynia połączone, a dystans jaki planowałam przebiec to przy mojej dobrej dyspozycji około 9 godzin biegu. Dla Ali plującej smoczkami i mającej odruch wymiotny na smak modyfikowanego mleka to około 9 godzin głodówki. Sami więc rozumiecie, że stresik przed startem był.

Okazało się, że niepotrzebnie.

Po pierwsze przygotowałam trochę swojego mleka (dziękuję Aniu za wsparcie techniczne), butelkę z wodą i modyfikowane mleko.

Po drugie całkiem dobrze przyłożyłam się do treningu podczas wakacyjnego pobytu w Szczawnicy.

A po trzecie, najważniejsze, Alina ma fantastycznego tatę, który dał radę!

To od początku.

Ze względu na fakt, że moja latorośl nie lubi mleka z proszku, postanowiłam, że pomaltretuję się laktatorem i odciągnę ze 2-3 butelki mleka o pojemności 125 ml. I o ile w domu to się udawało (tak, robiłam próbę), to w przeddzień startu, jakby źródełko wyschło. Kiedy Mała piła z piersi było ok, ale kiedy przystawiałam laktator, nic nie leciało. Może spowodował to stres, może zmiana miejsca pobytu... Nie wiem. Udało się uzbierać jedną butelkę mojego mleka, resztę diety musiało stanowić mleko z proszku i woda.

Jeszcze na linii startu próbowałam wcisnąć coś w Alę ale jak tu jeść kiedy dookoła tylu kolorowych biegaczy, z głośników leci "Mam tę moc" z Krainy Lodu przy której mimowolnie karmiącej podrygiwała noga.

Bezcenne było zdziwienie innych biegaczy kiedy po tym jak widzieli mnie karmiącą ujrzeli mnie na linii startu :) "To pani karmiła przed chwilą, a teraz biegnie"? "Tak." "A co z dzieckiem?" "Dziecko ma tatusia. Bardzo dzielnego tatusia".

Powiedziałabym, że dzielnego i obrotnego. Bo z tego co opowiadał, to za wiele się Alą nie zajmował. Co rusz znajdowała się jakaś chętna do pomocy ciocia. Nie ma jak podryw na dziecko...

A przechodząc do samego biegu...

Start odbył się o 6:00. Na termometrze jedyne 23 stopnie. W najgorętszym momencie biegu zegarek wskazał 32 stopnie. Jako biegaczka-wielbłąd, która raczej bierze łyka izo na punkcie i popija go łykiem wody, bilans płynno-wodny oceniam na bardzo wysoki. Podczas biegu wypiłam w sumie 2 bukłaki wody o pojemności 1,5 l (pierwszy - woda, cytryna, cukier i szczypta soli. Drugi - woda i izo). Na każdym z 5 punktów wypiłam też po kubku coli i na każdym z punktów napełniałam bidon wodą, by móc się nią polewać (głowa i kark).

Jeśli chodzi o jedzenie - dwa batony energetyczne i około trzech paczek ciasteczek bebe serwowanych na punktach.

Trasa z mojego punktu widzenia nie była trudna technicznie. Nie było miejsc niebezpiecznych czy zaskakujących. Przy odpowiednim skupieniu nie było mowy o kontuzji. Moim zdaniem krynicka sześćdziesiątka wygrywa z trasą w Lądku. Jak dla mnie jest bardziej urokliwa. Mniej biega się tam po asfalcie. Podczas sobotniego biegu miałam chwile, kiedy żałowałam, że nie założyłam moich asfaltówek.

Od startu w Szczawnicy, o którym pisałam tutaj popracowałam nad podbiegami. Zdecydowanie było warto. Trening z obciążeniem (Alą) przyniósł efekt. Miałam jednak problem ze zbieganiem. Nie umiałam swobodnie puścić się na trudniejszych fragmentach. Teraz trzeba wrócić i popracować nad zbiegami :-D

Generalnie trasę pokonałam zgodnie z planem - odcinki płaskie i zbiegi biegłam, a podbiegi pokonywałam szybkim marszem. Nie dałam ponieść się tłumowi na początku, dzięki czemu nie było kryzysu w trakcie. Skrzydeł dodał mi bufet w Złotym Stoku, gdzie spotkałam się z Mateuszem i Alą. A raczej z Mateuszem, bo Alą opiekowała się jakaś "ciocia" ;-)

Na mecie zameldowałam się po 9 godzinach i 55 minutach. To dłużej niż planowałam ale przy tej temperaturze to i tak nieźle, że dobiegłam. Na mojej trasie na 160 osób startujących, bieg ukończyło 118 osób w tym 20 kobiet.

W klasyfikacji kobiet dało mi to 6 miejsce, a w kategorii kobiet do 30 lat trzeci stopień na podium.

Na linii mety przywitali mnie uśmiechnięta Ala z Mateuszem i przyjaciele, którzy dzielnie walczyli na trasie Złotego Półmaratonu.

Ogłaszam sezon ultra 2015 za rozpoczęty!






























Ola




wtorek, 28 kwietnia 2015

8. Poznań Półmaraton - relacja z biegu w wersji duo

Mijają już ponad 2 tygodnie od 8. Poznańskiego Półmaratonu, a ja nie zmobilizowałam się wcześniej, by napisać jak się biegło.
Biegłam w wersji duo :)
A biegło się wspaniale! Brak jakiejkolwiek presji na wynik, ba - nawet na ukończenie biegu, naprawdę sprzyja temu, by w pełni delektować się tym dystansem. Sama jestem zdziwiona, że tak dobrze mi się tego dnia biegło. Ale może sekret tkwi w tym, że inaugurowałam 8 miesiąc ciąży, więc 8. Poznań Półmaraton był idealnym miejscem do świętowania tej okazji!

8. PP na 8 mc :)


A tak poważniej - jak pisałam wcześniej - miałam tylko dwa założenia: zacząć wolno i nie dać się emocjom, dzięki którym na starcie ma się odrzutowe tempo, którego jednak w drugiej połowie biegu nie da się utrzymać, co wielokrotnie kończy się wynikiem poniżej zakładanego; a po drugie - biegnę dopóki czuję się dobrze, a na jakikolwiek niepokojący sygnał schodzę z trasy i zamieniam w kibica. 

I mogę się pochwalić, bo wszystko mi tego dnia sprzyjało i zameldowałam się na linii mety z czasem 2:32:20! Utrzymałam średnie tempo biegu 7:09 min/km, czyli szybsze niż wynikało z treningów i dające spory zapas do limitu czasu. Po drodze nie doskwierało mi nic! Profilaktycznie na 10 km skorzystałam z toalety - nie umieściłabym takiej informacji w żadnej relacji z biegu, ale jak się okazuje dla biegających przyszłych mam, jest to jeden z istotniejszych mankamentów, dlatego piszę. Jest możliwy udział w biegu ulicznym bez obaw z tym związanych! Innym moim ciekawym spostrzeżeniem jest dużo mniejsze zapotrzebowanie na kalorie przy tempie biegu niższym niż nasze przeciętne startowe tempo. Zwykle na biegach od półmaratonu w górę startuję zaopatrzona w żele energetyczne, a na biegach górskich i ultra to już w ogóle nie przegapiam żadnego punktu żywieniowego i robię zawsze porządny popas. Biegnąc szybciej takie wspomaganie jest mi potrzebne. A teraz - podczas tego półmaratonu, który biegłam zdecydowanie wolniej niż zwykle, dodatkowe odżywianie okazało się zbędne. Przed 10 km zjadłam jeden żel i przez następne 2 km trochę mi ciążył i doskwierał pełniejszy żołądek. A że nie czułam żadnego spadku mocy, odcięcia sił czy też innych oznak wyczerpania, więcej się już nie skusiłam na żadne jedzenie. Piłam również mniej niż zwykle, ale po prostu nie czułam takiej potrzeby. Biegi miejskie mają to do siebie, że punkty regeneracyjne rozstawione są bardzo często (co 5 km), więc w większości przypadków nie ma obawy, że się odwodnimy lub zabraknie nam paliwa. Na trasie jest również mnóstwo życzliwych kibiców, którzy często sami oferują wodę lub izotoniki.

A jeśli o kibicach mowa to uważam, że w tym roku przeszli samych siebie! Biegnąc w zasadzie na końcu stawki miałam okazję podziwiać ich determinację w dopingowaniu tych, którzy nie mkną spektakularnie z oszałamiającą prędkością, a często przechodzą do marszu, zwalniają tempo lub walczą z głową, by nie zejść z trasy. Wtedy doping jest najbardziej potrzebny i poznańscy kibice spisali się rewelacyjnie. Na żadnym biegu nie usłyszałam tylu pozytywnych słów wsparcia i zagrzewających do biegu. Oklaski i okrzyki towarzyszyły nie tylko elicie, ale i tym, którzy biegają wolniej. Niesamowite było również poprzyglądać się innym biegaczom, na co nie zawsze się ma ochotę lub czas, kiedy biegnie się na życiówkę. Wtedy człowiek koncentruje się na sobie i swoim biegu, nie zauważając tej wspaniałej oprawy. Bardzo się cieszę, że pobiegłam teraz tak 'niezobowiązująco', bo właśnie dzięki temu mogłam spokojnie porozmawiać z innymi biegaczami, odwzajemniać uśmiechy kibiców i w pełni delektować się tą atmosferą. To jest cały urok biegów ulicznych!

Co ciekawe - mimo że biegłam ten półmaraton najdłużej w porównaniu z poprzednimi, to czas minął mi o wiele szybciej i nie miałam poczucia, że biegnę ponad 2,5 godz. Z pewnością jest w tym też zasługa mojego zająca, z którym całą druga połowę biegu sobie przyjemnie rozmawialiśmy wymieniając biegowe spostrzeżenia.
Szczęśliwa na mecie
Wielkim wsparciem, jak zawsze, byli moi Przyjaciele, których nie zabrakło i tego dnia. Mimo, że tym razem musieli na mnie dłużej czekać, na dodatek w dość wietrznej aurze. Dziękuję! 

Na koniec z uporem maniaka napiszę, że bieganie naprawdę nie ciąży, nawet w 8. miesiącu ciąży! Pod warunkiem, że... czujemy się z tym komfortowo. I psychicznie, i fizycznie. Nie będę nikogo namawiała, do biegania wbrew sobie. Uważam natomiast, że wbrew powszechnej opinii - taka aktywność zdrowej kobiecie nie szkodzi. Niektórzy pytali: "co na to lekarz?". Niestety, nie spotkałam do tej pory lekarza (ginekologa), którzy miałby naukową wiedzę i doświadczenie w tym zakresie, by się wypowiadać. Mam natomiast szczęście, że moim partnerem jest lekarz (internista), który profilaktykę przedkłada nad leczenie objawów i zamiast powtarzać teorie sprzed 30 lat i starsze, wnikliwie analizuje aktualne zalecenia WHO i dzisiejszy stan wiedzy, i... sam mi w tym bieganiu towarzyszy! 

Rodzina w komplecie: Grzegorz, Ania i Bruno :)

 To miał być ostatni mój start w zawodach przed narodzinami Bruna, ale... nie mogłam się powstrzymać (mój wewnętrzny biegacz też nie!), więc do zobaczenia w niedzielę na Wings For Life World Run. Biegniemy w rodzinnym komplecie!

Do zobaczenia!

Ania









piątek, 26 września 2014

Forest Run - relacja

Część z Was już wie, że w ostatnią sobotę w Wielkopolskim Parku Narodowym odbył się bieg Forest Run. Z relacji Mateusza wiecie też jak trenować, by stanąć na podium. Ja z kolei napiszę jak wyglądała trasa długa (44 km) i jakich błędów się wystrzegać, by bieg był przyjemnością a nie męczarnią.

Gotowa do startu!
Kilka tych błędów popełniłam, ale od początku... Bieg odbywał się pod Poznaniem, w naprawdę bardzo ładnej biegowo okolicy. Idealnej treningowo. Dlatego też zapisując sie na niego pomyślałam, że zawsze można te zawody potraktować jako długie wybieganie, a nie rywalizację i niezależnie jaka będzie moja forma, wystartować warto! Blisko, ładna trasa, a co najważniejsze - zebrała się spora grupa Przyjaciół, którzy też startowali w tym biegu. Wiem, że gdybym nie pobiegła to bym bardzo żałowała - zawsze tak mam, że gdy w weekend widzę np. z okna samochodu czy tramwaju biegacza, to od razu mu zazdroszczę. Dlatego przezornie na bieg się zapisałam. A że wolę dystanse długie - na trasę 44 km. 

Która wyglądała tak:
źródło: forestrun.pl
Przewyższenie trasy to ok 350 m w górę i tyle samo w dół.

Najbardziej wymagające na trasie nie były wcale podbiegi i urozmaicenie terenu bezpośrednio w parku, ale te odcinki, które wiodły przez małe miejscowości i między polami - w pełnym słońcu. To mi doskwierało najbardziej. Wysoka temperatura osłabiła moją czujność i w rezultacie piłam i jadłam podczas biegu o wiele za mało. W ten sposób tylko połowę trasy przebiegłam w dobrym tempie i formie. Do 10 km utrzymywałam tempo ok 5:30 min/km, później do ok 22 km było to 6 min/km, czyli ciągle w okolicach tempa moich długich wybiegań. I do tej pory było całkiem przyjemnie. I najchętniej napisałabym Wam, że reszta jest milczeniem, ale w końcu nie po to piszę bloga. 

Dalej był trzeci bufet, na którym zabrakło kubków do picia (ale szybko poradzilismy sobie robiąc krótkie mycie naczyń i udowadniając, że plastikowe kubeczki nie są jednorazowe!) i na którym nie było bananów! Rozpieszczona po ostatnich biegach górskich, nie doczytałam w regulaminie, co będzie na którym punkcie dostępne i to był mój duży błąd. Znając siebie i wiedząc jakim jestem podaczas biegów głodomorem, powinnam była to dobrze przeanalizować i nie wybierać sie na te 44 km z zapasem tylko dwóch żeli energetycznych. A akurat odcinek pomiędzy trzecim a czwartym bufetem prowadził przez niezadrzewioną okolicę. Umęczyłam się okropnie i to tam po raz pierwszy w swojej karierze biegowej doświadczyłam demotywacyjnych podszeptów własnej głowy. Tak źle i tak gorąco to mi dawno nie było! Czasami udawało mi się przegnać te myśli, ale im mniej cienia, tym ich było więcej. Przydałałaby się czapka z daszkiem!

Za to w czwartym bufecie impreza na całego - stoły uginały się od ciastek, czekolady, bananów i kubków, na które pozakładane były ćwiartki pomarańczy. I weseli wolontariusze namawiający, by nie biec dalej a zostać z nimi. Mieli dobrą zabawę i naprawdę były to kuszące propozycje!

Dalej trasa wiodła z powrotem w parku, więc było nieco chłodniej i przyjemniej. Biegliśmy brzegiem jeziora (wcześniejsze fragmenty też prowadziły wzdłuż jezior), co było niesamowią pokusą. Najchętniej bym się wykąpała. Paru biegaczy podzieliło się z innymi taką samą myślą - każdy z nas na widok jeziora reagował tak samo - ale fajnie byłoby się wykąpać!

Najlepszy moment biegu to ok 43 km, gdy z naprzeciwka ujrzałam mojego tatę! Postanowił wyjść mi naprzeciw po tym, jak wszyscy się niecierpliwili kiedy wreszcie dobiegnę i będzie można się relaksować a nie wystawać tak na tej mecie nie wiadomo ile! Tata wraz z resztą biegowych Przyjaciół wybrał udział w trasie krótkiej i czekali już tylko na mnie. Padło krótkie: "Będziesz moim zającem?"; tata: "No to dawaj!" i pobiegliśmy. Ten rodzinny finisz możecie podziwiać póki co na naszym profilu na fejsbuku, a jak tylko dostanę plik, to filmik tu zaprezentuję. Sentymentalnie to zabrzmi, ale to była jedna z piękniejszych chwil tego biegu!

Na metę wbiegłam z czasem 5:06, czyli 36 minut później niż zakładałam..., ale za to z dobrą lekcją pokory i wnioskami na kolejne biegi. Nic tak nie uczy przecież jak własne błędy:
  • błąd nr 1 - zbagatelizowałam ten start porównując go do niedzielnego wybiegania. Przecież ja nigdy nie zrobiłam ponad 40 km niedzielnego wybiegania!!!
  • błąd nr 2 - skoro dotąd nawet na płaskie maratony zabierałam bidon z piciem (wyjątkiem był Berlin, ale tam miałam idelaną obstawę kibiców i perfekcyjną logistykę) to dlaczego w tym biegu postanowiłam wystąpić bez? Nie wiem. Jedyne co mi przychodzi do głowy to może to, że planowałam zrobić jakiś eksperyment. Nie polecam. Nie na długiej trasie.
  • błąd nr 3 - brak nakrycia głowy przy takim słońcu. Błąd, którego już więcej nie powinnam popełnić, ponieważ w losowaniu po biegu wygrałam czapkę z daszkiem marki Arc'teryx. W bardzo ładnym odcieniu granatu, czyli dla wtajemniczonych - ultramaryny. Idealnie dopełnia mój różowy biegowy outfit!
  • błąd nr 4 - w kolejności popełniania był błędem początkowym, ale nie wiem czy miał decydujący wpływ na bieg. Ponoć nie powinno się robić ostrych treningów po saunie czy innych zabiegach relaksacyjnych. Otóż, ja w piątek skorzystałam z komory antygrawitacyjnej (o tym w oddzielnym wpisie) i zastanawiam się czy to również mogło wpłynąć na komfort biegu.
  • błąd nr 5 - po tak intensywnym sezonie biegowym (którego jeszcze nie skończyłam) i po ostatnim starcie w Jakuszycach, gdzie też już czułam nieco spadek formy, rozsądniej byłoby wystartować na dystansie krótszym. To też dobra nauczka na kolejny sezon, który przecież już niebawem zacznę planować.
Komfort to zdecydowanie to, czego mi w tym biegu zabrakło. Ale był to pierwszy bieg, w którym wystartowali wszyscy moi biegowi Przyjaciele, którzy mogli, a Ci, którzy nie biegają (lub póki co nie biegają) zjawili się na mecie. Mieć ich wszystkich wokół siebie tego dnia - bezcenne! Mogłabym znowu się tak wymęczyć, by potem siedzieć z nimi przy ognisku, śmiać się i wspominać bieg!

Nie obyło się też bez scen zazdrości. A to dlatego, że w Forest Run startował również Darek Strychalski - niedawny finiszer biegu Badwater, o którym pisałyśmy TUTAJ.


Darek zdradził nam plany związane ze swoim kolejnym biegowym pomsyłem, który tym razem będzie realizował w Polsce. O tych planach napiszemy niebawem.

A my nie mogłyśmy się z Olą powstrzymać, by nie złożyć Darkowi urodzinowych życzeń:

Scenę tę zazdrosny obswrwator skomentował tak: "wystarczy przebiec Badwater, a dziewczyny już robią sobie z tobą zdjęcia!". No... - wystarczy!

Do zobaczenia na Forest Run za rok!
Ania








środa, 3 września 2014

II Letni Bieg Piastów

O mały włos, a II Letni Bieg Piastów, który odbył się 30 sierpnia w Jakuszycach, nie sprostałby swojej nazwie. W sobotę w czasie biegu mieliśmy jeszcze letnią pogodę, ale już koncert czeskiej rockowej kapeli i losowanie nagród odbyły się w ulewnym deszczu. Taka zapowiedź zbliżającej się jesieni.
Gotowi do startu.
Kolejny bieg górski za mną i paradoksalnie mimo najkrótszego dystansu najbardziej mnie wymęczył. Trasę pokonałam w 2:10 i cieszyłam się, że to już koniec.

Ostry finisz - pędziłam do mety :)
Długie podbiegi o małym nachyleniu nie są tym, co w górskim bieganiu lubię najbardziej. I jest to dla mnie zdecydowanie za krótka trasa, by się rozkręcić. Nie potrafię szybko przejść do swojego docelowego tempa i stąd pierwszą z dwóch pętli tego półmaratonu trochę przemęczyłam szukając właściwego rytmu. Drugą dziesiątkę biegło się już zdecydowanie lepiej!


Tak wyglądała ta pętla, którą uczestnicy półmaratonu musieli przebiec dwukrotnie:
źródło: www.bieg-piastow.pl
Niestety, mapka nie jest najlepszej rozdzielczości i trudno z niej było cokolwiek wyczytać. Nie było jej też w pakiecie startowym, co jednak jest zrozumiałe - raczej ciężko się było w okolicy zgubić, a każdy z napotkanych turystów z łatwością wskazałby kierunek Polany Jakuszyckiej.

W pakiecie startowym znalazła się za to świetna koszulka Salomona (zaraz po Asics jest to moja ulubiona, bo najlepsza jeśli chodzi o właściwości, koszulka do biegania). Koszulki biegowe nie grzeszą zwykle świetnym designem, ale nie taka ich rola - one mają dawać komfort w biegu i takie właśnie są koszulki Salomona. Materiał jest przyjemny w dotyku, a koszulki w wersji damskiej ładnie skrojone, więc z przyjemnością można w nich się wybrać na trening bo są po prostu wygodne. W pakiecie były też wafle ryżowe i chrupiące kukurydziane chipsy w wersji zdrowej, czyli z dodatkiem warzyw. Niestety, wyrzuciłam opakowanie i nie pamiętam marki, a szkoda, bo były dobre.

LBP nie jest biegiem trudnym technicznie. To trasa jak najbardziej rekreacyjna i myślę, że idealna dla kogoś kto chciałby spróbować swych sił w biegach górskich. Dobry dystans na pierwszy start, a dwie pętle dają poczucie bezpieczeństwa, że się ciągle jest blisko cywilizacji. Do tego spora ilość bufetów, więc nie ma zupełnie potrzeby dźwigania bidonów, żeli i tym samym zaopatrywania się w dodatkowy sprzęt.

Medaliści!
Najbardziej podobała mi się organizacja zawodów - widać profesjonalizm i doświadczenie. To przecież w Jakuszycach już od wielu lat odbywają się zimowe zawody w narciarstwie biegowym właśnie pod nazwą Bieg Piastów. Biuro zawodów, bufety, start i meta były świetnie zorganizowane. Do tego każda osoba z obsługi biegu była uśmiechnięta i chętna do pomocy. Wolontariusze na bufetach bardzo pomocni i serdeczni - to właśnie sprawia, że dziś już mniej pamiętam meczące podbiegi, a przed oczami mam uśmiechnięte osoby podające kubek z wodą czy gratulujące na mecie!

Obstawa fotograficzna biegu jest godna pozazdroszczenia - właściwie z każdego zakrętu wyzierał obiektyw aparatu, więc nawet ci z nas, którzy nie mieli własnego fotograficznego supportu (jak ja tym razem, bo mój nadworny fotograf też brał udział w biegu) nie zostali pokrzywdzeni i już w niedzielę na fejsbukowej stronie Biegu Piastów pojawiały się pierwsze linki do galerii zdjęć.

Rozleniwiły mnie trochę ostatnie tygodnie wakacji i przyznam, że ten sobotni start był dobrym rozruchem na powrót do treningów. I dobrym motywatorem, by kontynuować pracę nad szybkością. Niestety, nie jest to coś, co szybko (!) przychodzi, więc na skutki moich ostatnio dzielnie bieganych interwałów muszę jeszcze trochę poczekać. Liczę jednak, że dam radę poprawić formę do maratonu poznańskiego! Za trzy tygodnie kolejny start - Forest Run - dobra okazja, by się znowu sprawdzić.

A na koniec creme de la creme! Zdjęcie i uścisk dłoni Mistrzyni Polski - Ewy Majer!

Ewa jest po prostu wielka!

Ania

sobota, 26 lipca 2014

GWiNT Ultra Cross 2014 – moja prywatna droga przez mękę i (cichy ?) COMMING OUT


Wiem, że dawno nie napisałam żadnej relacji z biegu. Chyba należy Wam się kilka słów wyjaśnienia. 

Ostatni raz startowałam w biegu crossowym na dystansie 55 kilometrów 10 maja 2014 r. To już ponad 3 miesiące temu!

czwartek, 24 lipca 2014

Złoty Maraton 2014 - relacja

Życiówki chodzą parami!

Złota Maratonka i Złoty Półmaratończyk :)
To był dobry start. 5:42:48! Byłam 7. w swojej kategorii wiekowej (K30) i 11. w kategorii open kobiet. Mój cel na ten bieg został osiągnięty - nie biesiadowałam na bufetach (może dlatego, że były ich raptem trzy?!) i nie miałam żadnych problemów z odciskami na stopach. Różne z tego można wysnuć wnioski. Np., że jak się szybciej biegnie to się mniej chce jeść :) Czułam moc tego dnia, trasa była bardzo przyjemna - mimo fragmentów pod gołym niebem, gdzie słońce dawało mocno w kość! Ale atmosfera wokół całego II DFBG była tak fantastyczna, że również dzięki temu tak dobrze wystartowałam.

czwartek, 10 lipca 2014

V Supermaraton Gór Stołowych 2014 - relacja

O tym, że wzięłam udział w Supermaratonie Gór Stołowych i że go ukończyłam, mogliście już przeczytać tu oraz tu. Dziś podzielę się z Wami wrażeniami z tegorocznej edycji.
Trasa MGS została wydłużona do 50 km i tym samym bieg zmienił nazwę na Supermaraton Gór Stołowych. Od przyszłego roku będzie to oficjalna nazwa tego maratonu. Prócz tych dodatkowych horyzontalnych kilometrów bieg wertykalnie zyskał ponad 200 m przewyższenia. Wg informacji podawanych przez organizatorów łączna suma przewyższeń przekracza 4000m i wynosi odpowiednio +2100m i -1900m. Dodatkowa ok 3 km pętla pojawiła się w okolicy 30 km i wiodła przez Skalne Wrota. Ta nowa część trasy to bardzo techniczny, stromy zbieg (który mi akurat się bardzo podobał!) a potem... podbieg, już mniej stromy. Zarówno zbieg i podbieg w tej części są moim zdaniem przebieżne - jeśli macie siłę w nogach i nie boicie się zbiegów. Może nie biegam szybko - ale biegam! Naprawdę fajnie się tamtędy biegło i takie urozmaicenie trasy bardzo dobrze działa na psychikę - trzeba się skupić, by nie skręcić nogi, by się nie poślizgnąć, a przy takiej koncentracji kilometry mijają niepostrzeżenie. Ja zdecydowanie wolę takie ostre zbiegi i podbiegi niż dłużące się ni to pochyłe ni to płaskie odcinki. Ale wiadomo - jest to subiektywane upodobanie i odczucie. Od innych biegaczy słyszałam, że stromy odcinek do Skalnych Wrót był bardzo ciężki i dużo osób bardzo ostrożnie stąpało w tym miejscu.

Cała trasa SuperMGS wygląda tak:

Trasa SuperMGS 2014 - dodatkowa pętla to okolice Skalnych Wrót
A tu przewyższenia i lokalizacje bufetów:


Robi wrażenie, prawda?

W tym roku nie byłam już takim nowicjuszem i trochę mi zabrakło tego wrażenia pierwszego razu, kiedy wręcz w euforycznym stanie przebiegłam MGS. Tym razem było bardziej realnie - dało się we znaki słońce i wysoka temperatura. Na szczęście organizatorzy zadbali o większą ilość bufetów, dzięki którym można się było zregenerować. Na przedostatnim bufecie była nawet coca-cola, co spotkało się z wielkim uznaniem biegaczy! Całe zawody - od dystrubucji informacji o biegu, odbioru pakietów, lokalizacji biura zawodów i atmosfery w Szczelince po organizację biegu, bufetów, wreszcie do mety i wieczornego świętowania  - są fantastyczne!!! Świadczą o tym chociażby uśmiechnięte tłumy biegaczy, którzy zostają po biegu, by bawić się razem, wymieniać wrażenia, tańczyć, saunować i w końcu - zjeść niedzielne śniadanie! Naprawdę lubię tam wtedy być!

Na linii startu - w doborowym towarzystwie :)
Pierwsze 28 km biegło mi się nieźle, choć gorąc doskwierał. Może nawet biegłam nieco za szybko... Do trzeciego punktu kontrolnego, przy Pasterce dotarłam po niecałych 4 godz.

Uśmiecham się na widok... Grzesia czy bufetu?
Tam też zrobiłam sobie krótką przerwę na opatrzenie odcisków, którym nie dałam okazji się zagoić po poprzednich biegach, i które boleśnie dały o sobie znać. Tu też po raz pierwszy poczułam się głodna! To zły znak, ponieważ z doświadczenia wiem, że odżywiać podczas biegu należy się tak, by właśnie nie zgłodnieć - to już sygnał, że organizm nie ma energii. Do tego momentu zjadłam 2 żele. Plan miałam taki, by jeść żel co 2 godziny i wszystko byłoby w porządku, gdybym jadła coś jeszcze. Ale było tak ciepło, że nie miałam ochoty na nic innego niż picie. To ssanie w żołądku mnie jednak zaniepokoiło, więc na trzecim bufecie posiliłam się bananem i pomarańczami, i ruszyłam dalej.


Najlepszym odcinkiem było kolejne 10 km! Tak samo jak w zeszłym roku. Coś musi być w tym półmetku, że dodaje skrzydeł. Ponownie pofrunęłam ponad łąkami za Pasterką, zbliżając się coraz szybciej do tej dodatkowej pętli.

Zbieg przed czwartym bufetem - po słynnej dodatkowej pętli!
W bufecie czwartym napoiłam się coca-colą i pobiegłam dalej, znowu przez łąki, które tak lubię! Odciski coraz bardziej mi doskwierały i jakieś 4 km przed metą straciłam zapał do biegu. Głowa przestała współpracować z nogami i już bardzo chciałam dobiec na szczyt Szczelińca. Znowu trochę zgłodniałam, za mało jadłam i myślę, że to też miało ujemny wpływ na mój stan. Zwykle na takich biegach się przejadam, a tym razem nawet nie wiem dlaczego to zaniedbałam. Na szczęście to były ostatnie kilometry biegu i jak już dotarłam do schodów na Szczeliniec to wiedziałam, że lada moment zapomnę o każdym bólu i będę się cieszyła z ukończenia kolejnego górskiego maratonu!

A na mecie czkał na mnie już medal!
Łzy emocji, zimne piwo i dobra kwaśnica w schronisku, i mogłam wracać do Pasterki, gdzie o 20:00 odbyła się dekoracja zawodników a po niej koncert czeskiego zespołu Heebie Jeebie, sauna i pokaz zdjęć Piotra Dymusa, który zza obiektywu śledził nasze zmagania z Supermaratonem Gór Stołowych. Jego zdjęcia są po protsu genialne - do tej pory zazdrościłam jednemu biegającemu koledze, którego Piotr Dymus wielokrotnie uwiecznił na zdjęciach z biegów - a tu niespodzianka! Z SuperMGS mam własne zdjęcie tego wybitnego fotografa!


Jeśli nie przeraża Was dystans 50 km i spore przewyższenie terenu to...
do zobaczenia na SuperMGS za rok!

poniedziałek, 7 lipca 2014

V Supermaraton Gór Stołowych - wstęp do relacji

Ukończyłam V Supermaraton Gór Stołowych!


Szczęśliwa - na mecie!
Mój czas to 7:39:16. Tym samym poprawiłam wynik sprzed roku, tj. średnie tempo biegu, co jest dla mnie podwójnym sukcesem, ponieważ w tym roku bieg był dłuższy i trudniejszy. Nowa 50 km trasa została uzupełniona o bardzo malowniczą i techniczną pętlę. Był to jeden z ciekawszych odcinków SuperMGS.

Byłam 18. w kategorii K30 i 29. w kategorii OPEN kobiet (na 66 kobiet, które dobiegły do mety). Zawody w limicie czasu, który wynosił 9 godz., ukończyły 403 osoby, na 463 które wystartowały.

Wrażenia? Było zdecydowanie cieplej niż rok temu i przez to pierwsze 28 km, do kiedy słońce świeciło pełną gębą, biegło mi się ciężej i na każdym bufecie rozkoszowałam się arbuzami i pomarańczami popijając je paroma kubkami wody! Niestety, dały o sobie też znać niedoleczone po poprzednich startach odciski na stopach i ostatnie parę kilometrów biegu bardzo mi doskwierały. Końcówka t uświadomiła mi, że jeszcze nie do końca się zregenerowałam po Sudeckiej Setce - tak ogólnie wysiłkowo, ponieważ nie bolały mnie mięśnie ani stawy, ale tego dnia, bym kolejnych 50 km nie pobiegła :) Choć, podejrzewam, że wszystko się rozgrywa w głowie i wiedząc, że kończę bieg na 50 km zaprogramowałam się, by pobiec nie mniej ni więcej plus mieć zapas sił na 3 km powrotu do Pasterki!

Zaskoczenia? Przez jednego z biegaczy zostałam rozpoznana po... różowych skarpetkach - zapamiętał je z Sudeckej Setki :) a przez innego - przez BLOGA i wpis o moich zeszłorocznych zmaganiach z MGS. Przez moje różowe wdzianko rozpoznała mnie też jedna z wolontariuszek, która dzielnie kibicowała swojemu tacie na Sudeckiej Setce, a w SuperMGS postanowiła się aktywnie zaangażować. Wszystkie te spotkania były bardzo miłe!

Innym z zaskoczeń jest błyskawiczna regeneracja. Dziś już tylko stopy i to nieznacznie dają znać o sobotnim biegu. Nastraja mnie to coraz pozytywniej i nakręca do układania planów biegowych na jesień 2014! Nieśmiało zaczynam myśleć o Krynicy... W górach biega się wyśmienicie!

Dziś, gdy zmęczenie opadło (i silne emocje z mety, gdy nie mogłam powstrzymać łez!) mogę powiedzieć, że bieg jest SUPER, a więc godny swojej nazwy! I chciałabym tam wrócić za rok!

Szczegółowa (foto)relacja niebawem.


wtorek, 24 czerwca 2014

Sudecka Setka - relacja

Z przyjemnością podzielę się z Wami swoimi wrażeniami z mojego pierwszego ultramaratonu na dystansie 100 km, czyli Sudeckiej Setki!

Zacznę od garści informacji organizacyjnych, które mogą przydać się tym z Was, którzy będą chcieli wystartować w tym biegu w przyszłym roku. Bieg odbywa się co roku w czerwcu, w piątek najbliższy przesileniu letniemu (czyli w najktórszą noc w roku), o godz. 22:00. Dla mnie to bardzo wygodna godzina startu - nie trzeba się zrywać z łóżka skoro świt, nogi są już rozchodzone, a po całym dniu mniejszej lub większej aktywności, zostają jeszcze 2-3 godziny, by się zrelaksować i wyciszyć przed biegiem.

Do wyboru są trzy dystanse - dwa podstawowe to:
42 km oraz 100 km
Oficjalnym skrótem na trasie 100 km jest 72 km, gdzie można zakończyć bieg i być klasyfikowanym w kategorii 72 km OPEN K/M. Wiele osób wybierając dłuższy dystans, wyznacza sobie za cel te 72 km uznając, że w tym punkcie podejmie decyzję czy biec dalej. Osobiście uważam, że ta strategia raczej sprawia, że się nie podejmuje wysiłku, by kontynuować bieg. Satysfakcja z przebiegnięcia tych 72 km może powodować podszepty, żeby nie biec dalej skoro się i tak tyle już osiągnęło. Ja miałam inną strategię - nie myśleć o tym, że istnieje ten oficjalny skrót i ciągle się nastawiać na cały dystans. 

Dlaczego uważam, że to lepsze? Dlatego, że psychicznie jest się wtedy przygotowanym, by biec dalej, emocje nie odpuszczają, a organizm jest zmobilizowany. Doświadczyłam tego na 42 km - linia mety dla krótszego dystansu i przepak dla "setki" były zlokalizowane w tym samym miejscu. Inni kończyli, a ja uzupełniałam bidon i oklejałam bolące pięty plastrami. Cały czas w bojowej gotowości, że biegnę dalej. 

Tak było:
Sciągam skarpetki, by zdiagnozować stan stóp i zalepić miejsca bąblogenne!

Ok, numer mam, buty mam - to biegnę dalej!

I wcale nie czułam w tym momencie tego, że mam już 42 km za sobą. Normalnie po maratonie następuje taka chwila odprężenia i rozleniwienia. Wiedząc natomiast, że mam jeszcze ponad połowę dystansu przed sobą, mój organizm nie pozwolił sobie na rozluźnienie. Dlatego osobiście polecam taką taktykę - nastaw się na dystans jaki zamierzasz przebiec tak, byś od początku wiedział jaki jest twój cel i jak rozłożyć siły, by go osiągnąć. Oczywiście brałam pod uwagę, że ponieważ nigdy nie biegłam tak długiego biegu to wszystko może się wydarzyć, ale starałam się o tym nie myśleć, by nie dać sobie wymówki. Wiedziałam, że to raczej głowa będzie mi złudnie podpowiadać, by zakończyć bieg, niż nogi.

Wracając do wątku organizacyjnego - biuro zawodów i start zlokalizowane są na rynku w Boguszowie-Gorcach (miejscowości, gdzie odbywa się bieg). Logistycznie wszystko jest dopięte na ostatni guzik - na miejscu dostępne są różnego rodzaju worki, kartki, pisadła, taśmy klejące, itp., które umożliwiają przygotowanie rzeczy na przepaki. Dla niewtajemniczonych jeszcze w arkana biegów ultra - przepak to miejsce na trasie biegu (może być jedno, albo jak w przypadku Sudeckiej Setki - kilka), gdzie można zostawić swoje rzeczy jak np. koszulkę na zmianę, skarpetki, kije, własne jedzenie i picie, kurtki przeciwdeszczowe, buty, itp. Taki depozyt przygotowuje się przed biegiem, a organizator wywozi go na wskazany punkt przepakowy. Ja np. przygotowałam swój izotonik (nie lubię tych sztucznych, za słodkich) i w bidonach czekał na mnie w dwóch miejscach. Zostawiłam tam sobie też żele, by nie dźwigać ich poupychanych w jedynej kieszeni jaką miałam. Poza tym na 55 km zostawiłam kije trekingowe, ale ponieważ bardziej mi przeszkadzały niż ułatwiały bieg, na kolejnym przepaku na 65 km zostawiłam je z powrotem, by odebrać po biegu. Możliwość zarówno odebrania jak i zostawienia czegoś na przepaku była bardzo wygodna. Przepaki funkcjonowały bez zarzutu - podbiegając do danego punktu wolontariusze pytali czy mamy coś do odebrania, prosili o numer i w parę sekund przekazywali nam pakunek. 

Równie bez zarzutu funkcjonowały bufety, czyli miejsca, w których można było się posilić na trasie i zjeść co nieco. Było ich całkiem sporo, bo aż 12! Do wyboru była woda, izotonik i herbata oraz bułki z wędliną i serem, drożdżówki oraz rodzynki. 

Oto nasze biegowe menu:
Taka ilość bufetów dawała też ten komfort, że mogłam biec z samym bidonem na pasie biodrowym. Rozważałam plecak, ale po pierwsze nie biegałam wiele z plecakiem i nie chciałam tego testować akurat na dystansie ultra, a po drugie im mniej rzeczy tym lżej. Również w bieganiu sprawdza się zasada, że mniej znaczy więcej. Poobserwujcie biegaczy z czołówki - minimaliści. Każdy jednak musi wybrać dla siebie najbardziej optymalną opcję. Jedni się czują bezpiecznie, gdy mają ze sobą wiele rzeczy w razie awarii, niepogody, itp. a inni - w tym ja - gdy jak najmniej im ciąży. Oczywiście przed każdym biegiem oceniam jak często rozłożone są bufety i czy to co na nich jest dostępne wystarczy mi, by się odpowiednio nawadniać i odżywiać w czasie biegu.

To co mi się jednak najbardziej podobało to atmosfera w miejscu bufetu. Ponieważ spora część biegu odbywała się nocą, bufety były oświetlone, herbata pysznie pachniała, a wolontariusze ogrzewali się przy ognisku, którego przyjemny zapach było czuć z oddali. Sentymentalnie kojarzyło mi się to z atmosferą harcerskich nocnych czuwań, ognisk i biwaków. Naprawdę żałowałam, że nie zostaję chwilę dłużej, by usiąść razem z nimi przy ognisku. A można było - wolontariusze serdecznie zapraszali. Bałam się jednak, że taka dłuższa przerwa w biegu spowoduje, że ciężko będzie wstać i ruszyć dalej. Wolałam jednak biec, a ogniskiem cieszyć się innym razem - w końcu wakacje i lato dopiero się zaczynają!

Bieg startował o godz. 22:00 i towarzyszył mu piękny pokaz sztucznych ogni. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że rynek w Boguszowie-Gorcach jest najwyżej położonym rynkiem w Polsce! Lubię takie ciekawostki. Na początek biegacze okrążyli ten właśnie rynek, wykonując taką rundę honorowo-towarzyską, by następnie ruszyć na właściwą trasę, która przebiegała tak:

Kolor granatowy to pierwsza część - 42 km - po których wracaliśmy do miasta. Meta tego dystansu zlokalizowana była na stadionie miejskim. W tym samym punkcie znajdował się bufet i przepak dla trasy 100 km, która następnie prowadziła na południe od miasta (kolor czerwony na mapie).

Profil trasy jest bardzo przyjemny. Spójrzcie sami:

Jedynym trudniejszym punktem był właściwie podbieg na Chełmiec od ok 34 km. Nie był to stromy odcinek, ale długi. Profilowo trasa jest na tyle urozmaicona, że trudno mi powiedzieć, by któryś z odcinków był szczególnie trudny, stromy czy wyczerpujący. Biegło mi się wygodnie. Regularność podbiegów i zbiegów, ich długość i nawierzchnia były moim zdaniem optymalne. Wszystko to sprawiło, że uważam trasę Sudeckej Setki za bardzo przyjemną! Żałuję tylko tego, że nocą trudno było podziwiać widoki, a bez wątpienia były piękne. Spore fragmenty trasy były przebieżne tj. nie trzeba było przechodzić do marszu. Oczywiście wiele zależy od wytrenowania, ale nie było wielu tak stromych odcinków, by np. warto było dźwigać kije do pomocy. Ja kijków planowałam użyć od 55 km, ale bardziej mi przeszkadzały niż pomagały, ponieważ mimo licznych wzniesień można było spokojnie biec, a wtedy kije ograniczały pracę ramion. Fakt - nie mam specjalnych, lekkich kijków do biegania, a korzystałam z trekkingowych, ale mimo wszystko swobodniej mi się biegło z wolnymi rękoma.

Bieg wiedzie przez krajobrazowo i pod względem doznań, i obcowania z naturą, przepiękne okolice. Nie mogłam się nadziwić, jak tam jest ładnie i dzwoniąc do Grzesia po 72 km, by mu powiedzieć, że biegnę dalej, zamiast opowiadać jak się czuję, mówiłam w kółko, że jest tak cudownie, że wschód słońca, że tak intensywnie pachniały trawy i las, że... podziwiałam tę naturę i chłonęłam ją całą sobą. Tyle dostarczała wrażeń, że pewnie dlatego nie skupiałam się na zmęczeniu.

Pewną trudnością był dla mnie bieg w ciemności, gdy widać było tylko tyle dokąd sięgało światło czołówki. Nie bałam się tak bardzo jak zwykle w lesie po ciemku - miałam świadomość, że jednak jest to zorganizowany bieg i prędzej czy później napotkam jakiegoś biegacza, ale mimo to czułam dyskomfort. Ciemność powodowała również, że nie można było się w pełni rozpędzić na zbiegach. Ale z drugiej strony nie przerażały tak może podejścia?

Przyjemną niespodziankę sprawił mi Grześ, gdy nagle ujrzałam go na wiadukcie kolejowym tuż przed 50 km. Dotarł tam po tym, jak się pożegnaliśmy na 42 km i kolejnym miejscem spotkania miała być dopiero meta. Życzyłam mu wtedy dobrej nocy i kolorowych snów i byłam pewna, że pójdzie spać. Okazało się jednak, że dzielny z niego kibic! To są takie chwile i momenty, kiedy bieganie mnie wzrusza. Naładowana dobrą energią pobiegłam dalej. Grzesiek jednak musiał tam zostać jeszcze... godzinę, ponieważ akurat w tym punkcie tak rozwidlała się droga, że biegacze często wybierali tę niewłaściwą. I po kilkunastu takich pomyleńcach wymalował twórcze graffiti dla błędnych rycerzy:

To nie Bangsy - to robota Grzegorza! Możecie poznać po charakterystycznej kresce. Recepty wypisuje mniej czytelnie, więc biegacze mieli farta, że tak wykaligrafował!

Druga połowa biegu minęła mi szybko. Zaczynało świtać, wstawał dzień, wschodzące słońce coraz bardziej ogrzewało. Chociaż byłam na tyle spocona i zmęczona, że każdy powiew wiatru mnie wychładzał, więc biegłam już dalej w wiatrówce, którą tylko od czasu do czasu rozpinałam.

Ostatnie 10 km nastroiło mnie tak pozytywnie i byłam w takiej euforii, że właśnie kończę swój pierwszy ultramaraton, że przebiegłam 100 km, że to taki wyczyn - że dosłownie frunęłam nad ziemią. Mijałam tych, którzy szli i nie mieli siły, by biec i ich uśmiechy i doping jeszcze bardziej mnie determinowały do parcia ku linii mety. Czułam się niesamowicie! Na metę wbiegłam po 13 godz. i 28 min. Byłam 7. kobietą, która pokonała ten dystans, a 5. w swojej kategorii wiekowej. Wśród wszystkich zawodników uplasowałam się na 57. miejscu - w pierwszej połowie. Dla mnie to rekord świata! Niesamowite uczucie! Bardzo wzmacniające.

Sekundy przed metą...
 
I did it!

Przeszczęśliwam!

Zwycięstwo!

A radość i duma w oczach Grzesia - bezcenne!

Sudecka Setka na tyle mi się spodobała, że już rozważam powrót za rok! Wrażenia z biegu mam bardzo pozytywne. Cieszy mnie to, że czuję się rozbiegana - prócz bólu kolan po biegu i stóp (odciski) nie dokuczało mi nic więcej. Nie miałam żadnych skurczy mięśni, nadwyrężeń. Cały czas czułam siłę w nogach i tylko dyskomfortem na zbiegach były obolałe stopy. 
Drugiego dnia po biegu nie bolało mnie już prawie nic, co oznacza, że bardzo szybko się zregenerowałam.

Może to dzięki...
Jak już wiecie bieg lubię kończyć masażem :)
Start w Sudeckiej Setce nastraja mnie bardzo optymistycznie do następnego biegu - już za 2 tygodnie Maraton Gór Stołowych.

Jeśli macie pytania o Sudecką Setkę i chcielibyście, bym o czymś konkretniej napisała to dajcie znać!

A jeśli się przymierzacie do takiego dystansu, ale brak wam odwagi, by podjąć ostateczną decyzję - posłuchajcie Tinychcieć to móc!

Źródło zdjęć trasy, profilu i bufetów - strona internetowa organizatora: www.osir-boguszow.eu