Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyniki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2015

8. Poznań Półmaraton - relacja z biegu w wersji duo

Mijają już ponad 2 tygodnie od 8. Poznańskiego Półmaratonu, a ja nie zmobilizowałam się wcześniej, by napisać jak się biegło.
Biegłam w wersji duo :)
A biegło się wspaniale! Brak jakiejkolwiek presji na wynik, ba - nawet na ukończenie biegu, naprawdę sprzyja temu, by w pełni delektować się tym dystansem. Sama jestem zdziwiona, że tak dobrze mi się tego dnia biegło. Ale może sekret tkwi w tym, że inaugurowałam 8 miesiąc ciąży, więc 8. Poznań Półmaraton był idealnym miejscem do świętowania tej okazji!

8. PP na 8 mc :)


A tak poważniej - jak pisałam wcześniej - miałam tylko dwa założenia: zacząć wolno i nie dać się emocjom, dzięki którym na starcie ma się odrzutowe tempo, którego jednak w drugiej połowie biegu nie da się utrzymać, co wielokrotnie kończy się wynikiem poniżej zakładanego; a po drugie - biegnę dopóki czuję się dobrze, a na jakikolwiek niepokojący sygnał schodzę z trasy i zamieniam w kibica. 

I mogę się pochwalić, bo wszystko mi tego dnia sprzyjało i zameldowałam się na linii mety z czasem 2:32:20! Utrzymałam średnie tempo biegu 7:09 min/km, czyli szybsze niż wynikało z treningów i dające spory zapas do limitu czasu. Po drodze nie doskwierało mi nic! Profilaktycznie na 10 km skorzystałam z toalety - nie umieściłabym takiej informacji w żadnej relacji z biegu, ale jak się okazuje dla biegających przyszłych mam, jest to jeden z istotniejszych mankamentów, dlatego piszę. Jest możliwy udział w biegu ulicznym bez obaw z tym związanych! Innym moim ciekawym spostrzeżeniem jest dużo mniejsze zapotrzebowanie na kalorie przy tempie biegu niższym niż nasze przeciętne startowe tempo. Zwykle na biegach od półmaratonu w górę startuję zaopatrzona w żele energetyczne, a na biegach górskich i ultra to już w ogóle nie przegapiam żadnego punktu żywieniowego i robię zawsze porządny popas. Biegnąc szybciej takie wspomaganie jest mi potrzebne. A teraz - podczas tego półmaratonu, który biegłam zdecydowanie wolniej niż zwykle, dodatkowe odżywianie okazało się zbędne. Przed 10 km zjadłam jeden żel i przez następne 2 km trochę mi ciążył i doskwierał pełniejszy żołądek. A że nie czułam żadnego spadku mocy, odcięcia sił czy też innych oznak wyczerpania, więcej się już nie skusiłam na żadne jedzenie. Piłam również mniej niż zwykle, ale po prostu nie czułam takiej potrzeby. Biegi miejskie mają to do siebie, że punkty regeneracyjne rozstawione są bardzo często (co 5 km), więc w większości przypadków nie ma obawy, że się odwodnimy lub zabraknie nam paliwa. Na trasie jest również mnóstwo życzliwych kibiców, którzy często sami oferują wodę lub izotoniki.

A jeśli o kibicach mowa to uważam, że w tym roku przeszli samych siebie! Biegnąc w zasadzie na końcu stawki miałam okazję podziwiać ich determinację w dopingowaniu tych, którzy nie mkną spektakularnie z oszałamiającą prędkością, a często przechodzą do marszu, zwalniają tempo lub walczą z głową, by nie zejść z trasy. Wtedy doping jest najbardziej potrzebny i poznańscy kibice spisali się rewelacyjnie. Na żadnym biegu nie usłyszałam tylu pozytywnych słów wsparcia i zagrzewających do biegu. Oklaski i okrzyki towarzyszyły nie tylko elicie, ale i tym, którzy biegają wolniej. Niesamowite było również poprzyglądać się innym biegaczom, na co nie zawsze się ma ochotę lub czas, kiedy biegnie się na życiówkę. Wtedy człowiek koncentruje się na sobie i swoim biegu, nie zauważając tej wspaniałej oprawy. Bardzo się cieszę, że pobiegłam teraz tak 'niezobowiązująco', bo właśnie dzięki temu mogłam spokojnie porozmawiać z innymi biegaczami, odwzajemniać uśmiechy kibiców i w pełni delektować się tą atmosferą. To jest cały urok biegów ulicznych!

Co ciekawe - mimo że biegłam ten półmaraton najdłużej w porównaniu z poprzednimi, to czas minął mi o wiele szybciej i nie miałam poczucia, że biegnę ponad 2,5 godz. Z pewnością jest w tym też zasługa mojego zająca, z którym całą druga połowę biegu sobie przyjemnie rozmawialiśmy wymieniając biegowe spostrzeżenia.
Szczęśliwa na mecie
Wielkim wsparciem, jak zawsze, byli moi Przyjaciele, których nie zabrakło i tego dnia. Mimo, że tym razem musieli na mnie dłużej czekać, na dodatek w dość wietrznej aurze. Dziękuję! 

Na koniec z uporem maniaka napiszę, że bieganie naprawdę nie ciąży, nawet w 8. miesiącu ciąży! Pod warunkiem, że... czujemy się z tym komfortowo. I psychicznie, i fizycznie. Nie będę nikogo namawiała, do biegania wbrew sobie. Uważam natomiast, że wbrew powszechnej opinii - taka aktywność zdrowej kobiecie nie szkodzi. Niektórzy pytali: "co na to lekarz?". Niestety, nie spotkałam do tej pory lekarza (ginekologa), którzy miałby naukową wiedzę i doświadczenie w tym zakresie, by się wypowiadać. Mam natomiast szczęście, że moim partnerem jest lekarz (internista), który profilaktykę przedkłada nad leczenie objawów i zamiast powtarzać teorie sprzed 30 lat i starsze, wnikliwie analizuje aktualne zalecenia WHO i dzisiejszy stan wiedzy, i... sam mi w tym bieganiu towarzyszy! 

Rodzina w komplecie: Grzegorz, Ania i Bruno :)

 To miał być ostatni mój start w zawodach przed narodzinami Bruna, ale... nie mogłam się powstrzymać (mój wewnętrzny biegacz też nie!), więc do zobaczenia w niedzielę na Wings For Life World Run. Biegniemy w rodzinnym komplecie!

Do zobaczenia!

Ania









poniedziałek, 15 września 2014

IX International Elbrus Race - w oczekiwaniu na wyniki + rozwiązanie konkursu

Krótkie podsumowanie IX International Elbrus Race i naszego konkursu: z powodu złej pogody tegoroczny bieg ukończyły tylko 3 osoby i z powodu burzy reszta biegaczy musiała zostać ewakuowana z trasy. 

Organizatorzy nie podali jeszcze nazwisk tych trzech śmiałków, więc musimy nadal cierpliwie czekać na ogłoszenie 1., 2. i 3. miejsca :) To jedyny chyba taki bieg, w którym wbiegając jako ostatni na metę można było być i tak bardzo dumnym!

źródło: https://www.facebook.com/ElbrusRace?fref=ts
Z kolei z powodu pewnie ekstremalnie letniej pogody ostatnimi dniami nasi czytelnicy wybyli sprzed komputerów. Na szczęście znalazł się śmiałek, który wziął udział w konkursie i prawidłowo odpowiedział na pytanie o to, kto z Polaków stał już na podium Elbrus Race. Dodatkowe brawa za to, że w odpowiedzi pojawili się nie tylko panowie Andrzej Bargiel i Daniel Chojnacki, ale także biegaczka Aleksandra Dzik! Podoba nam się takie podejście do sprawy :) Tym samym nagroda niespodzianka wędruje do Leszka. Gratulujemy!

środa, 3 września 2014

II Letni Bieg Piastów

O mały włos, a II Letni Bieg Piastów, który odbył się 30 sierpnia w Jakuszycach, nie sprostałby swojej nazwie. W sobotę w czasie biegu mieliśmy jeszcze letnią pogodę, ale już koncert czeskiej rockowej kapeli i losowanie nagród odbyły się w ulewnym deszczu. Taka zapowiedź zbliżającej się jesieni.
Gotowi do startu.
Kolejny bieg górski za mną i paradoksalnie mimo najkrótszego dystansu najbardziej mnie wymęczył. Trasę pokonałam w 2:10 i cieszyłam się, że to już koniec.

Ostry finisz - pędziłam do mety :)
Długie podbiegi o małym nachyleniu nie są tym, co w górskim bieganiu lubię najbardziej. I jest to dla mnie zdecydowanie za krótka trasa, by się rozkręcić. Nie potrafię szybko przejść do swojego docelowego tempa i stąd pierwszą z dwóch pętli tego półmaratonu trochę przemęczyłam szukając właściwego rytmu. Drugą dziesiątkę biegło się już zdecydowanie lepiej!


Tak wyglądała ta pętla, którą uczestnicy półmaratonu musieli przebiec dwukrotnie:
źródło: www.bieg-piastow.pl
Niestety, mapka nie jest najlepszej rozdzielczości i trudno z niej było cokolwiek wyczytać. Nie było jej też w pakiecie startowym, co jednak jest zrozumiałe - raczej ciężko się było w okolicy zgubić, a każdy z napotkanych turystów z łatwością wskazałby kierunek Polany Jakuszyckiej.

W pakiecie startowym znalazła się za to świetna koszulka Salomona (zaraz po Asics jest to moja ulubiona, bo najlepsza jeśli chodzi o właściwości, koszulka do biegania). Koszulki biegowe nie grzeszą zwykle świetnym designem, ale nie taka ich rola - one mają dawać komfort w biegu i takie właśnie są koszulki Salomona. Materiał jest przyjemny w dotyku, a koszulki w wersji damskiej ładnie skrojone, więc z przyjemnością można w nich się wybrać na trening bo są po prostu wygodne. W pakiecie były też wafle ryżowe i chrupiące kukurydziane chipsy w wersji zdrowej, czyli z dodatkiem warzyw. Niestety, wyrzuciłam opakowanie i nie pamiętam marki, a szkoda, bo były dobre.

LBP nie jest biegiem trudnym technicznie. To trasa jak najbardziej rekreacyjna i myślę, że idealna dla kogoś kto chciałby spróbować swych sił w biegach górskich. Dobry dystans na pierwszy start, a dwie pętle dają poczucie bezpieczeństwa, że się ciągle jest blisko cywilizacji. Do tego spora ilość bufetów, więc nie ma zupełnie potrzeby dźwigania bidonów, żeli i tym samym zaopatrywania się w dodatkowy sprzęt.

Medaliści!
Najbardziej podobała mi się organizacja zawodów - widać profesjonalizm i doświadczenie. To przecież w Jakuszycach już od wielu lat odbywają się zimowe zawody w narciarstwie biegowym właśnie pod nazwą Bieg Piastów. Biuro zawodów, bufety, start i meta były świetnie zorganizowane. Do tego każda osoba z obsługi biegu była uśmiechnięta i chętna do pomocy. Wolontariusze na bufetach bardzo pomocni i serdeczni - to właśnie sprawia, że dziś już mniej pamiętam meczące podbiegi, a przed oczami mam uśmiechnięte osoby podające kubek z wodą czy gratulujące na mecie!

Obstawa fotograficzna biegu jest godna pozazdroszczenia - właściwie z każdego zakrętu wyzierał obiektyw aparatu, więc nawet ci z nas, którzy nie mieli własnego fotograficznego supportu (jak ja tym razem, bo mój nadworny fotograf też brał udział w biegu) nie zostali pokrzywdzeni i już w niedzielę na fejsbukowej stronie Biegu Piastów pojawiały się pierwsze linki do galerii zdjęć.

Rozleniwiły mnie trochę ostatnie tygodnie wakacji i przyznam, że ten sobotni start był dobrym rozruchem na powrót do treningów. I dobrym motywatorem, by kontynuować pracę nad szybkością. Niestety, nie jest to coś, co szybko (!) przychodzi, więc na skutki moich ostatnio dzielnie bieganych interwałów muszę jeszcze trochę poczekać. Liczę jednak, że dam radę poprawić formę do maratonu poznańskiego! Za trzy tygodnie kolejny start - Forest Run - dobra okazja, by się znowu sprawdzić.

A na koniec creme de la creme! Zdjęcie i uścisk dłoni Mistrzyni Polski - Ewy Majer!

Ewa jest po prostu wielka!

Ania

czwartek, 24 lipca 2014

Złoty Maraton 2014 - relacja

Życiówki chodzą parami!

Złota Maratonka i Złoty Półmaratończyk :)
To był dobry start. 5:42:48! Byłam 7. w swojej kategorii wiekowej (K30) i 11. w kategorii open kobiet. Mój cel na ten bieg został osiągnięty - nie biesiadowałam na bufetach (może dlatego, że były ich raptem trzy?!) i nie miałam żadnych problemów z odciskami na stopach. Różne z tego można wysnuć wnioski. Np., że jak się szybciej biegnie to się mniej chce jeść :) Czułam moc tego dnia, trasa była bardzo przyjemna - mimo fragmentów pod gołym niebem, gdzie słońce dawało mocno w kość! Ale atmosfera wokół całego II DFBG była tak fantastyczna, że również dzięki temu tak dobrze wystartowałam.

środa, 23 lipca 2014

Badwater - they are the champions!

Jeśli od dwóch dni śledziliście zmagania Polaków na trasie ultramaratonu Badwater135 i byliście bardziej dumni niż piekielna temperatura tam panująca to UWAGA UWAGA - można już PĘKAĆ Z DUMY!

Wszyscy trzej zawodnicy są już finiszerami!

Zbigniew Malinowski z czasem 42:57:31
Dariusz Łabudzki z czasem 42:57:31
Dariusz Strychalski z czasem 45:11:10

Wygląda na to, że dwaj pierwsi panowie od ok 75 mili biegli razem i razem dotarli na metę (miejsca 62. i 63.), która znajdowała się na szczycie Whitney Portal. Darek Strychalski uplasował się na 73 pozycji!

czwartek, 10 lipca 2014

V Supermaraton Gór Stołowych 2014 - relacja

O tym, że wzięłam udział w Supermaratonie Gór Stołowych i że go ukończyłam, mogliście już przeczytać tu oraz tu. Dziś podzielę się z Wami wrażeniami z tegorocznej edycji.
Trasa MGS została wydłużona do 50 km i tym samym bieg zmienił nazwę na Supermaraton Gór Stołowych. Od przyszłego roku będzie to oficjalna nazwa tego maratonu. Prócz tych dodatkowych horyzontalnych kilometrów bieg wertykalnie zyskał ponad 200 m przewyższenia. Wg informacji podawanych przez organizatorów łączna suma przewyższeń przekracza 4000m i wynosi odpowiednio +2100m i -1900m. Dodatkowa ok 3 km pętla pojawiła się w okolicy 30 km i wiodła przez Skalne Wrota. Ta nowa część trasy to bardzo techniczny, stromy zbieg (który mi akurat się bardzo podobał!) a potem... podbieg, już mniej stromy. Zarówno zbieg i podbieg w tej części są moim zdaniem przebieżne - jeśli macie siłę w nogach i nie boicie się zbiegów. Może nie biegam szybko - ale biegam! Naprawdę fajnie się tamtędy biegło i takie urozmaicenie trasy bardzo dobrze działa na psychikę - trzeba się skupić, by nie skręcić nogi, by się nie poślizgnąć, a przy takiej koncentracji kilometry mijają niepostrzeżenie. Ja zdecydowanie wolę takie ostre zbiegi i podbiegi niż dłużące się ni to pochyłe ni to płaskie odcinki. Ale wiadomo - jest to subiektywane upodobanie i odczucie. Od innych biegaczy słyszałam, że stromy odcinek do Skalnych Wrót był bardzo ciężki i dużo osób bardzo ostrożnie stąpało w tym miejscu.

Cała trasa SuperMGS wygląda tak:

Trasa SuperMGS 2014 - dodatkowa pętla to okolice Skalnych Wrót
A tu przewyższenia i lokalizacje bufetów:


Robi wrażenie, prawda?

W tym roku nie byłam już takim nowicjuszem i trochę mi zabrakło tego wrażenia pierwszego razu, kiedy wręcz w euforycznym stanie przebiegłam MGS. Tym razem było bardziej realnie - dało się we znaki słońce i wysoka temperatura. Na szczęście organizatorzy zadbali o większą ilość bufetów, dzięki którym można się było zregenerować. Na przedostatnim bufecie była nawet coca-cola, co spotkało się z wielkim uznaniem biegaczy! Całe zawody - od dystrubucji informacji o biegu, odbioru pakietów, lokalizacji biura zawodów i atmosfery w Szczelince po organizację biegu, bufetów, wreszcie do mety i wieczornego świętowania  - są fantastyczne!!! Świadczą o tym chociażby uśmiechnięte tłumy biegaczy, którzy zostają po biegu, by bawić się razem, wymieniać wrażenia, tańczyć, saunować i w końcu - zjeść niedzielne śniadanie! Naprawdę lubię tam wtedy być!

Na linii startu - w doborowym towarzystwie :)
Pierwsze 28 km biegło mi się nieźle, choć gorąc doskwierał. Może nawet biegłam nieco za szybko... Do trzeciego punktu kontrolnego, przy Pasterce dotarłam po niecałych 4 godz.

Uśmiecham się na widok... Grzesia czy bufetu?
Tam też zrobiłam sobie krótką przerwę na opatrzenie odcisków, którym nie dałam okazji się zagoić po poprzednich biegach, i które boleśnie dały o sobie znać. Tu też po raz pierwszy poczułam się głodna! To zły znak, ponieważ z doświadczenia wiem, że odżywiać podczas biegu należy się tak, by właśnie nie zgłodnieć - to już sygnał, że organizm nie ma energii. Do tego momentu zjadłam 2 żele. Plan miałam taki, by jeść żel co 2 godziny i wszystko byłoby w porządku, gdybym jadła coś jeszcze. Ale było tak ciepło, że nie miałam ochoty na nic innego niż picie. To ssanie w żołądku mnie jednak zaniepokoiło, więc na trzecim bufecie posiliłam się bananem i pomarańczami, i ruszyłam dalej.


Najlepszym odcinkiem było kolejne 10 km! Tak samo jak w zeszłym roku. Coś musi być w tym półmetku, że dodaje skrzydeł. Ponownie pofrunęłam ponad łąkami za Pasterką, zbliżając się coraz szybciej do tej dodatkowej pętli.

Zbieg przed czwartym bufetem - po słynnej dodatkowej pętli!
W bufecie czwartym napoiłam się coca-colą i pobiegłam dalej, znowu przez łąki, które tak lubię! Odciski coraz bardziej mi doskwierały i jakieś 4 km przed metą straciłam zapał do biegu. Głowa przestała współpracować z nogami i już bardzo chciałam dobiec na szczyt Szczelińca. Znowu trochę zgłodniałam, za mało jadłam i myślę, że to też miało ujemny wpływ na mój stan. Zwykle na takich biegach się przejadam, a tym razem nawet nie wiem dlaczego to zaniedbałam. Na szczęście to były ostatnie kilometry biegu i jak już dotarłam do schodów na Szczeliniec to wiedziałam, że lada moment zapomnę o każdym bólu i będę się cieszyła z ukończenia kolejnego górskiego maratonu!

A na mecie czkał na mnie już medal!
Łzy emocji, zimne piwo i dobra kwaśnica w schronisku, i mogłam wracać do Pasterki, gdzie o 20:00 odbyła się dekoracja zawodników a po niej koncert czeskiego zespołu Heebie Jeebie, sauna i pokaz zdjęć Piotra Dymusa, który zza obiektywu śledził nasze zmagania z Supermaratonem Gór Stołowych. Jego zdjęcia są po protsu genialne - do tej pory zazdrościłam jednemu biegającemu koledze, którego Piotr Dymus wielokrotnie uwiecznił na zdjęciach z biegów - a tu niespodzianka! Z SuperMGS mam własne zdjęcie tego wybitnego fotografa!


Jeśli nie przeraża Was dystans 50 km i spore przewyższenie terenu to...
do zobaczenia na SuperMGS za rok!

poniedziałek, 7 lipca 2014

V Supermaraton Gór Stołowych - wstęp do relacji

Ukończyłam V Supermaraton Gór Stołowych!


Szczęśliwa - na mecie!
Mój czas to 7:39:16. Tym samym poprawiłam wynik sprzed roku, tj. średnie tempo biegu, co jest dla mnie podwójnym sukcesem, ponieważ w tym roku bieg był dłuższy i trudniejszy. Nowa 50 km trasa została uzupełniona o bardzo malowniczą i techniczną pętlę. Był to jeden z ciekawszych odcinków SuperMGS.

Byłam 18. w kategorii K30 i 29. w kategorii OPEN kobiet (na 66 kobiet, które dobiegły do mety). Zawody w limicie czasu, który wynosił 9 godz., ukończyły 403 osoby, na 463 które wystartowały.

Wrażenia? Było zdecydowanie cieplej niż rok temu i przez to pierwsze 28 km, do kiedy słońce świeciło pełną gębą, biegło mi się ciężej i na każdym bufecie rozkoszowałam się arbuzami i pomarańczami popijając je paroma kubkami wody! Niestety, dały o sobie też znać niedoleczone po poprzednich startach odciski na stopach i ostatnie parę kilometrów biegu bardzo mi doskwierały. Końcówka t uświadomiła mi, że jeszcze nie do końca się zregenerowałam po Sudeckiej Setce - tak ogólnie wysiłkowo, ponieważ nie bolały mnie mięśnie ani stawy, ale tego dnia, bym kolejnych 50 km nie pobiegła :) Choć, podejrzewam, że wszystko się rozgrywa w głowie i wiedząc, że kończę bieg na 50 km zaprogramowałam się, by pobiec nie mniej ni więcej plus mieć zapas sił na 3 km powrotu do Pasterki!

Zaskoczenia? Przez jednego z biegaczy zostałam rozpoznana po... różowych skarpetkach - zapamiętał je z Sudeckej Setki :) a przez innego - przez BLOGA i wpis o moich zeszłorocznych zmaganiach z MGS. Przez moje różowe wdzianko rozpoznała mnie też jedna z wolontariuszek, która dzielnie kibicowała swojemu tacie na Sudeckiej Setce, a w SuperMGS postanowiła się aktywnie zaangażować. Wszystkie te spotkania były bardzo miłe!

Innym z zaskoczeń jest błyskawiczna regeneracja. Dziś już tylko stopy i to nieznacznie dają znać o sobotnim biegu. Nastraja mnie to coraz pozytywniej i nakręca do układania planów biegowych na jesień 2014! Nieśmiało zaczynam myśleć o Krynicy... W górach biega się wyśmienicie!

Dziś, gdy zmęczenie opadło (i silne emocje z mety, gdy nie mogłam powstrzymać łez!) mogę powiedzieć, że bieg jest SUPER, a więc godny swojej nazwy! I chciałabym tam wrócić za rok!

Szczegółowa (foto)relacja niebawem.


niedziela, 22 czerwca 2014

Sudecka Setka - I did it!

Zostałam ultraską!


Sudecka Setka ukończona! Mam wielką satysfakcję i bardzo dobrze mi się biegło!

7. miejsce open kobiet i 5. w kategorii K30
A w kategorii generalnej (kobiet i mężczyzn): 57 na 129, a więc w pierwszej połowie!

Czas netto: 13:28:19.

Relacja wkrótce!

sobota, 14 czerwca 2014

Chojnik Maraton 2014

Mijają właśnie 2 tygodnie od mojego startu w tegorocznym Chojnik Maraton, więc czas najwyższy na relację.
Gotowi do startu: Mateusz, Anita i ja

Był to mój drugi start w maratonie górskim - pierwszym  był zeszłoroczny Maraton Gór Stołowych. MGS do niedawna reklamował się jako najtrudnieszy bieg górski w Polsce, więc stając na linii startu Chojnik Maraton myślałam sobie, że skoro dałam radę pobiec bez wielkiego zmęczenia MGS, to również z tym biegiem powinnam sobie poradzić. I poradziłam!

Zajęłam 5. miejsce w swojej kategorii wiekowej (K30) i 7. w kategorii open kobiet. Czas netto: 6:23:57.




Kategoria K30 to najsilniejsze zawodniczki, więc jest z kim rywalizować! 
Dla przypomnienia dodam, że Ola - współautorka tego bloga - w zeszłym roku zajęła 1. miejsce w kategorii kobiet, z czasem: 6:00! 

Mój czas nie jest zatem rekordem trasy :) ale i tak na mecie duma mnie rozpierała, przede wszystkim dlatego, że tym razem dałam z siebie dużo. Mam taką skłonność, by podczas biegu poruszać się w swojej strefie komfortu i rzadko udaje mi się wyjść (wybiec!) poza nią i przykręcić śróbę. Tym razem starałam się jednak samą siebie przekonywać, by nie przechodzić do marszu, gdy wydawało mi się, że bieg bardzo męczy czy też by wracać do truchtu po każdym stromszym podejściu.

Organizacyjnie zawody są na medal! Start i biuro zawodów zlokalizowane są na łące, która w tym czasie służy również za pole namiotowe. Każdy biegacz ma możliwość nocowania w odległości paru kroków od startu! Dostępne są toalety (toitoi), nie ma natomiast żadnych innych sanitariatów.

Pogoda również dopisała i po sporych opadach deszczu na parę dni przed biegiem, w dniu startu było przyjemnie ciepło - później nawet za ciepło - bezchmurne i bezwietrzne niebo. Wielkie podziękowania należą się Danielowi Chojnackiemu - organizatorowi Chojnik Maraton - ponieważ od odbioru pakietów startowych, przez ilość i jakość bufetów, wyjątkową atmosferę na mecie pod zamkiem Chojnik, do ogniska na zakończenie zawodów - wszystko przebiegało sprawnie i w bardzo przyjemnej atmosferze. Daniel zadbał również o to, by nikt nie był zaskoczony trasą i podczas odprawy szczegółowo omówił warunki na niej panujące, wskazał gdzie czekają nas ciężkie podbiegi, gdzie strome i skaliste zbiegi, gdzie będą czekali sanitariusze (na szczęście mieli mało pracy!) i gdzie w tym roku pojawi się dodatkowy bufet, by na końcowym odcinku trasy nikt nie opadł z sił!

Bufetów było pięć, a na każdym woda i izotonik do picia oraz owoce (banany, arbuzy i rodzynki) do jedzenia. Na każdego czekał też uśmiech i dobre słowa - to naprawdę dodaje energii do dalszego biegu!

Wracając do samego biegu - trasa wcale nie jest łatwiejsza niż MGS, a pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że ten maraton jest trudniejszy z uwagi na długość podbiegów. Spójrzcie sami - oto profil trasy:

Pierwsza połowa pod górę! Teraz już wiem dlaczego właśnie te pierwsze 20 km miałam wrażenie, że więcej idę, truchtam i marszobiegnę, co najwyżej. Ten brak dłuższych odcinków płaskiego terenu, na którym nogi mogłyby trochę odpocząć, a oddech ustabilizować się, sprawiły, że nie mogłam złapać swojego rytmu. Wydawało mi się, że się bardzo ciężko biegnie i że jak tak dalej pójdzie to się wymęczę na tym biegu strasznie! Mimo to czas mijał mi wyjątkowo szybko i gdy tylko zaczął się zbieg w kierunku schroniska pod Łabskim Szczytem (od ok 18-19 km) poczułam wiatr w żaglach! Ten zbieg jest moim zdaniem najpiękniejszą częścią trasy. Rozpędziłam się tu na całego, wyłączyłam wszelkie hamulce w głowie, które mogłyby podpowiadać, by trochę zwolnić. I po prostu biegłam! 


A dalej czarnym szlakiem w kierunku fragmentu trasy, przed którym przestrzegał nas na odprawie Daniel - czyli kamienistego potoku. Mieliśmy tu nie starać się stawiać nóg na kamieniach, które są bardzo śliskie, tylko biec "rynienką" tak jak płynie woda. Na końcu tego kamienistego szlaku stał ambulans i uśmiechnięta grupka wesołych sanitariuszy :)

Ten fragment biegłam bardzo skupiona i mimo paru poślizgnięć utrzymałam równowagę i nawet suchą stopą mogłam biec dalej. Trzeba było jednak bardzo uważać, gdzie się stawia stopy - wybierać kamienie najbardziej suche, nie obłe, co płytsze miejsca w wodzie, uważać na gałęzie wystające z bardzo gęstego zagajnika. W tym miejscu spotkałam Grzesia, który miał czekać w okolicach 3. bufetu, ale tak mu się spodobała rola operatora kamery GoPro, że wypuścił się na rekonesans w poszukiwaniu większych wrażeń niż biegacze na popasie. Jako miłośnik horrorów liczył, że na tym ostrym zbiegu będzie się lała krew! Żaden z biegaczy nie dał mu jednak tej satysfakcji...
Byłam na tyle skupiona, że nawet nie spojrzałam w tę kamerę, by skomentować jak się biegnie. Zdołałam tylko odpiąć pas z bidonem, rzucić go w jego kierunku i krzyknąć, że dalej poradzę sobie bez!

Po raz pierwszy doświadczyłam na tym biegu takiego pełnego skupienia na trasie. Zwykle biegam z muzyką - jeśli nie całe zawody to przynajmniej włączam ją, gdy opadam z sił, by się zmotywować do dalszego biegu. Tu byłam tak skoncentrowana na tym, gdzie stawiam nogi, że muzyka nie była mi potrzebna. Czas dzięki temu też szybciej mijał.

Drugą połowę maratonu biegło mi się świetnie i minęła jeszcze szybciej niż pierwsza. Przebiegłam ją też w krótszym czasie, co mi się rzadko zdarza (tu zapewne pomógł profil trasy). Po ostrym podejściu (o biegu nie było w ogóle mowy na tym odcinku) biegłam już do końca, na mniej trudnych technicznie odcinkach rozpędzając się znowu bez ograniczeń. 


Podczas biegu popełniłam jeden błąd - nie wyciągnęłam uwierających kamieni z buta. Poskutowało to bolącmi bąblami na piętach, które biegnąc w dół tak nadwyrężyłam, że nie nadawały się do żadnej reanimacji. Popękały (bąble, nie stopy) i bardzo bolały. Nie polecam tego braku rozwagi. Lepiej zatrzymać się i wytrzepać buty, niż tak się męczyć.

Na szczęście radość na mecie zrekompensowała ten ból.

A że uwielbiam wszelkie masaże to chętnie poddałam się i temu - masaż pośladków w wykonaniu Grzesia. A raczej akupresura :)

Medal, zimne piwo i róża - bieganie jest piękne!


czwartek, 29 maja 2014

Everest dla biegaczy - wyniki

Kontynuując poranny wpis z przyjemnością informuję, że:

na podium tegorocznego The Everest Hillary Tenzing Marathon stanęło dwóch Polaków!

  1. Robet Celiński z czasem 04:39:39 - 1st Foreigners Open Category
  2. Radek Serwiński z czasem 05:43:05 -  2nd Foreigners Open Category
  3. Trzeci w kategorii obcokrajowców wbiegł na metę Timothy Watson z Wielkiej Brytanii, z czasem 05:45:00.
Na stronie maratonu nie opublikowano jeszcze wyników kobiet w kategorii obcjokrajowczyń :)

Więcej informacji tu: http://www.everestmarathon.com/article-Raceresults2014#&panel1-1

Cieszymy się i gratulujemy!