Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieganie nie ciąży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieganie nie ciąży. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lipca 2015

Stanik dla matki-biegaczki karmiącej. Testy

Pamiętacie moją opowieść o walce z zapięciem od stanika podczas jednego z treningów, kiedy Alę nękał niepochamowany Wielki Głód? Jeśli nie, znajdzie się ją tutaj.

Do dziś bywają takie dni, że więcej energii tracę na rozpinaniu i zapinaniu biustonosza niż na przysiadach czy pompkach.

Od przyszłego tygodnia koniec z tym! Mam nadzieję...

Razem z Anią, Alą i jeszcze kimś ;-) testować będziemy staniki firmy Moving Comfort - modele Juno bra i Rebound racer.
Juno Bra
Rebound Racer


Niesamowite ile radości sprawia zamawianie dwóch staników! :-D 


czwartek, 11 czerwca 2015

Nie samym bieganiem człowiek żyje...

Bieganie - ważna rzecz. Ale nie samym bieganiem człowiek żyje. Ważne są również ćwiczenia wzmacniające. Jak pokazuje przykład Emelie Forsberg nie dość, że przynoszą efekty w postaci wyników sportowych, to w dodatku na wyrzeźbione przez nie nogi można wyrwać nie byle jakiego biegacza ;)

Dlatego jeśli macie ochotę na wspólny trening siłowy zapraszam do Poznania nad Maltę. Spotykamy się o 12:00 przy wejściu do Galerii Malta (tym przy mostku). W planach mnóstwo przysiadów, wariacji na temat deski i różnorakie ćwiczenia wzmacniające mięśnie brzucha.

Kilian co prawda już zajęty ale kto wie kogo tam spotkamy... ;)

Ola

P.S.
Ja będę ćwiczyła z moim słodkim obciążeniem - Aliną (w chuście albo na rękach), dlatego jeśli macie ochotę wpaść ze swoimi pociechami, będą również mile widziane!



sobota, 2 maja 2015

Powolny powrót do gry

Pierwsze ściganie po urodzeniu Ali za mną. Jeśli ktoś kiedyś powiedział Wam, że po ciąży osiąga się lepsze wyniki - kłamał ;). Przynajmniej nie tuż po urodzeniu dziecka.

A na poważnie - za mną 8. Poznań Półmaraton (10 tygodni po porodzie) i Chyża Durbaszka w Szczawnicy (12 tygodni po porodzie).

W dniu wypisu ze szpitala na pytanie kiedy mogę na poważnie zacząć ćwiczyć lekarz odpowiedział "za 3-4 tygodnie, poczuje pani", kiedy sprecyzowałam, że chodzi mi o bieganie długodystansowe i ćwiczenia siłowe, między innymi z obciążeniem, zamienił tygodnie na miesiące. Zatem nie ma jakiejś magicznej granicy. Znów uważam, że należy wsłuchać się w swoje i ciało i nie szaleć.

Truchtać zaczęłam szybko, bo około 3 tygodnie po porodzie. Wcześniej nie miałam potrzeby, bo zawirowania z nowym członkiem rodziny skutecznie zajmowały mi czas i myśli. Na pierwszych treningach nie osiągałam ani zawrotnych prędkości ani odległości. Chodziło o to, by sprawdzić czy blizny (rodziłam przez cesarskie cięcie) nie dają o sobie znać. Lekko je czułam ale nie był to w żadnym wypadku ból, a co ważne, po treningu nie były bardziej bolesne czy opuchnięte. Mocniejsze treningi, tempo 5:30-5:00 min/ km przy dystansach do 10 km, rozpoczęłam mniej więcej 6 tygodni po porodzie.

Te kilkanaście tygodni to wbrew pozorom niewiele czasu by wystartować na 100% przygotowanym. I faktycznie czułam braki. Nie nastawiałam się oczywiście na żadne życiówki we wskazanych powyżej biegach. Poznański półmaraton chciałam pobiec poniżej 2 godzin, a Chyżą Durbaszkę poniżej 2,5 godziny. Oba cele osiągnęłam, co postawiło mnie przed przed pytaniem czy założenia nie były za słabe. Ale po fakcie nie ma co o tym rozmyślać.


Poznańska połówka poszła gładko. Nie napinałam się zbytnio. Chciałam startem sprawdzić czy nogi wytrzymają taki dystans w równym tempie. Po ciąży moimi najdłuższymi wybieganiami były 2 kółka nad Maltą, czyli 10,8 km. Nogi jednak niosły. Ostatecznie do mety dobiegłam w czasie 1:53:44. Ani razu nie wyszłam poza sferę komfortu, przez co mogłam delektować się atmosferą biegu. Przyglądałam i przysłuchiwałam się współbiegnącym, oklaskiwałam porozstawiane przy trasie biegu kapele. Podziwiałam jak wielu zamiast siedzieć przed telewizorem mierzy się z samym sobą.


W Szczawnicy, o której chciałabym napisać Wam więcej w oddzielnym poście, wiedziałam, że chcę pobiec mocniej. Jak już pisałam, moim założeniem było zmieścić się w 2,5 godzinach, a miałam do pokonania 20,2 km i ok. 900 metrów przewyższenia (+-). Nie przewidziałam jednak, że tak ciężko będzie mi się podbiegało. Zdecydowanie to element nad którym muszę teraz popracować... Na mecie zameldowałam się z czasem 2:24:34, więc planowo. Strefę komfortu odczuwałam na odcinkach płaskich i zbiegach. Podbiegi... ehhh... szkoda gadać...

Ale jak to się mówi - wracam do gry. Po obu biegach wiem nad czym pracować. Sezon dopiero się dla mnie zaczyna. Będę walczyć, bo to ostatni rok w kategorii K20 ;) 

Następny przystanek - Wings for Life World Run - jako kibic. W tym roku będę dopingować innych biegaczy, w szczególności Anię, Bruna i Grzesia. Moje wrażenia z zeszłorocznej edycji znajdziecie TUTAJ.

Jestem pewna, że Ania również podzieli się z nami swoim spostrzeżeniami o tym szczególnym biegu.

Ola

wtorek, 28 kwietnia 2015

8. Poznań Półmaraton - relacja z biegu w wersji duo

Mijają już ponad 2 tygodnie od 8. Poznańskiego Półmaratonu, a ja nie zmobilizowałam się wcześniej, by napisać jak się biegło.
Biegłam w wersji duo :)
A biegło się wspaniale! Brak jakiejkolwiek presji na wynik, ba - nawet na ukończenie biegu, naprawdę sprzyja temu, by w pełni delektować się tym dystansem. Sama jestem zdziwiona, że tak dobrze mi się tego dnia biegło. Ale może sekret tkwi w tym, że inaugurowałam 8 miesiąc ciąży, więc 8. Poznań Półmaraton był idealnym miejscem do świętowania tej okazji!

8. PP na 8 mc :)


A tak poważniej - jak pisałam wcześniej - miałam tylko dwa założenia: zacząć wolno i nie dać się emocjom, dzięki którym na starcie ma się odrzutowe tempo, którego jednak w drugiej połowie biegu nie da się utrzymać, co wielokrotnie kończy się wynikiem poniżej zakładanego; a po drugie - biegnę dopóki czuję się dobrze, a na jakikolwiek niepokojący sygnał schodzę z trasy i zamieniam w kibica. 

I mogę się pochwalić, bo wszystko mi tego dnia sprzyjało i zameldowałam się na linii mety z czasem 2:32:20! Utrzymałam średnie tempo biegu 7:09 min/km, czyli szybsze niż wynikało z treningów i dające spory zapas do limitu czasu. Po drodze nie doskwierało mi nic! Profilaktycznie na 10 km skorzystałam z toalety - nie umieściłabym takiej informacji w żadnej relacji z biegu, ale jak się okazuje dla biegających przyszłych mam, jest to jeden z istotniejszych mankamentów, dlatego piszę. Jest możliwy udział w biegu ulicznym bez obaw z tym związanych! Innym moim ciekawym spostrzeżeniem jest dużo mniejsze zapotrzebowanie na kalorie przy tempie biegu niższym niż nasze przeciętne startowe tempo. Zwykle na biegach od półmaratonu w górę startuję zaopatrzona w żele energetyczne, a na biegach górskich i ultra to już w ogóle nie przegapiam żadnego punktu żywieniowego i robię zawsze porządny popas. Biegnąc szybciej takie wspomaganie jest mi potrzebne. A teraz - podczas tego półmaratonu, który biegłam zdecydowanie wolniej niż zwykle, dodatkowe odżywianie okazało się zbędne. Przed 10 km zjadłam jeden żel i przez następne 2 km trochę mi ciążył i doskwierał pełniejszy żołądek. A że nie czułam żadnego spadku mocy, odcięcia sił czy też innych oznak wyczerpania, więcej się już nie skusiłam na żadne jedzenie. Piłam również mniej niż zwykle, ale po prostu nie czułam takiej potrzeby. Biegi miejskie mają to do siebie, że punkty regeneracyjne rozstawione są bardzo często (co 5 km), więc w większości przypadków nie ma obawy, że się odwodnimy lub zabraknie nam paliwa. Na trasie jest również mnóstwo życzliwych kibiców, którzy często sami oferują wodę lub izotoniki.

A jeśli o kibicach mowa to uważam, że w tym roku przeszli samych siebie! Biegnąc w zasadzie na końcu stawki miałam okazję podziwiać ich determinację w dopingowaniu tych, którzy nie mkną spektakularnie z oszałamiającą prędkością, a często przechodzą do marszu, zwalniają tempo lub walczą z głową, by nie zejść z trasy. Wtedy doping jest najbardziej potrzebny i poznańscy kibice spisali się rewelacyjnie. Na żadnym biegu nie usłyszałam tylu pozytywnych słów wsparcia i zagrzewających do biegu. Oklaski i okrzyki towarzyszyły nie tylko elicie, ale i tym, którzy biegają wolniej. Niesamowite było również poprzyglądać się innym biegaczom, na co nie zawsze się ma ochotę lub czas, kiedy biegnie się na życiówkę. Wtedy człowiek koncentruje się na sobie i swoim biegu, nie zauważając tej wspaniałej oprawy. Bardzo się cieszę, że pobiegłam teraz tak 'niezobowiązująco', bo właśnie dzięki temu mogłam spokojnie porozmawiać z innymi biegaczami, odwzajemniać uśmiechy kibiców i w pełni delektować się tą atmosferą. To jest cały urok biegów ulicznych!

Co ciekawe - mimo że biegłam ten półmaraton najdłużej w porównaniu z poprzednimi, to czas minął mi o wiele szybciej i nie miałam poczucia, że biegnę ponad 2,5 godz. Z pewnością jest w tym też zasługa mojego zająca, z którym całą druga połowę biegu sobie przyjemnie rozmawialiśmy wymieniając biegowe spostrzeżenia.
Szczęśliwa na mecie
Wielkim wsparciem, jak zawsze, byli moi Przyjaciele, których nie zabrakło i tego dnia. Mimo, że tym razem musieli na mnie dłużej czekać, na dodatek w dość wietrznej aurze. Dziękuję! 

Na koniec z uporem maniaka napiszę, że bieganie naprawdę nie ciąży, nawet w 8. miesiącu ciąży! Pod warunkiem, że... czujemy się z tym komfortowo. I psychicznie, i fizycznie. Nie będę nikogo namawiała, do biegania wbrew sobie. Uważam natomiast, że wbrew powszechnej opinii - taka aktywność zdrowej kobiecie nie szkodzi. Niektórzy pytali: "co na to lekarz?". Niestety, nie spotkałam do tej pory lekarza (ginekologa), którzy miałby naukową wiedzę i doświadczenie w tym zakresie, by się wypowiadać. Mam natomiast szczęście, że moim partnerem jest lekarz (internista), który profilaktykę przedkłada nad leczenie objawów i zamiast powtarzać teorie sprzed 30 lat i starsze, wnikliwie analizuje aktualne zalecenia WHO i dzisiejszy stan wiedzy, i... sam mi w tym bieganiu towarzyszy! 

Rodzina w komplecie: Grzegorz, Ania i Bruno :)

 To miał być ostatni mój start w zawodach przed narodzinami Bruna, ale... nie mogłam się powstrzymać (mój wewnętrzny biegacz też nie!), więc do zobaczenia w niedzielę na Wings For Life World Run. Biegniemy w rodzinnym komplecie!

Do zobaczenia!

Ania









piątek, 10 kwietnia 2015

Do startu, gotowi? - Poznański Półmaraton

Biegaczki gotowe na pewno! 


Nie mogę się doczekać, bo jest to nasz z Olą pierwszy wspólny start w zawodach w tym roku.
I oczywiście nie ostatni. Cieszę się na taką inaugurację sezonu startowego. U mnie, na chwilę (oby tylko!) z małą przerwą do lata, ale od lipca będzie już jak zwykle, czyli Biegaczki będą dużo biegać!

Plany na niedzielę? Jedni będą siedzieć i pić kawę, a my zmierzamy się z trasą 8. Poznańskiego Półmaratonu. W poznańskim półmaratonie debiutowałam - był to mój pierwszy start w zawodach i stąd mam do tego biegu ogromny sentyment. Dlatego i w tym roku nie chciałam ze startu zrezygnować. Pierwszy raz obawiam się czy zmieszczę się w limicie czasu - ciekawe uczucie. Biorąc pod uwagę średnie tempo z ostatnich "treningów" (czyt. truchtań) mam 20 min zapasu. I bardzo nie chcę być pasażerem mikrobusa z napisem "Koniec Półmaratonu". I pierwszy raz nie złościć się o długą kolejkę po piwo na mecie :) I naiwnie sądzić, że przed strefą masażu pojawi się tabliczka: "ciężarne i karmiące biegaczki - wstęp poza kolejką". Może kiedyś... jak będę Biegającą Babcią :)

Wszystkie znaki na niebie i brzuchu wskazują jednak, że mam szansę być finiszerem tego biegu i poczuć moje ulubione endorfiny na mecie. Zabawę może popsuć tylko mój współlokator, jeśli w trakcie mu się znudzi. Może uda się go przekonać słodkimi żelami i przyjemnym bujaniem, że warto bieg kontynuować. I takim to sposobem przekazuję pałeczkę i biegowego bakcyla kolejnemu pokoleniu. Do tej pory stanowiliśmy dobrany startowy i treningowy duet, więc liczę, że i tym razem nasz team się sprawdzi!

Jaki mam plan? Po pierwsze przebiec! Trzymać się żelaznej dla mnie zasady, teraz jeszcze bardziej istotnej - zacząć powoli, nie dać się ponieść emocjom. Rozpędzamy się dopiero po 10. kilometrze. Moje średnie treningowe tempo to aktualnie ok 7:30 (w porywach do 7:40 wliczając przerwy na toaletę...). Półmaraton zatem ciągle w zasięgu - główny cel to ukończyć bieg. Nawet metodą mieszaną marszo-truchtu. Z wyliczeń tabeli międzyczasów wynika, że mogę sobie pozwolić nawet na tempo 8:31 min/km, co jest odpowiednikiem ok 7 km/godz. Czyli dla przeciętnego biegacza bardzo powoli.

Po drugie - jeśli się okaże, że porywam się z motyką na słońce, to zamieniam się w kibica i dzielnie kibicuję Oli. I cierpliwie czekam na lato, kiedy to będę mogła znowu biegać bez balastu.

Niezależnie od wszystkiego czekam z radością na tą niedzielę, bo atmosfera zawodów jest zawsze niesamowita - czy to w roli Biegaczki czy kibica, zamierzam się dobrze bawić!

Tym z Was którzy startują życzę przyjemnego biegu!

Ania 

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Zawód miłosny... na chłodno

Oj gdyby ten post pojawił się w piątek...

Kolejny raz potwierdza się teza, że z każdym ważniejszym tekstem (a poważnie podchodzę do tego co tu zamieszczam) należy się przespać (jakkolwiek dwuznacznie to brzmi).

Co się stało? Otóż będąc w piątek na treningu w mojej, do piątku, ulubionej siłowni w rodzinnym mieście, zostałam poinformowana, że moja dwumiesięczna córka nie może mi towarzyszyć. Motywowano to względami bezpieczeństwa. Ali i innych użytkowników siłowni. Pragnę zaznaczyć, że: a) mimo, że Alina jest najwspanialszym i najzdolniejszym dzieckiem na świecie, w wieku 2 miesięcy jeszcze ani nie raczkuje ani nie chodzi, b) nakarmiona, przewinięta i śpiąca obok mnie w foteliku samochodowym mogłaby zostać wzięta za wyposażenie lokalu, c) regulamin obiektu nie wspomina NIC o zakazie przebywania dzieci na jego terenie... Przynajmniej jeszcze minutę temu nie wspominał.

To przykre, że w niektórych klubach ćwiczącym bez przeszkód mogą towarzyszyć ich pupile, np. owczarki niemieckie, a w niektórych, nie mniej inwazyjne dzieci, nie są mile widziane...

Zaraz pewnie odezwą się głosy "No taaak... Ale gdyby wszyscy zaczęli przychodzić ze swoimi pociechami na siłownie..."

A ja na to powiem: "Niech zaczną!" Może właściciele siłowni wprowadzą wówczas jakieś udogodnienia dla rodziców i dzieci - stojaki do fotelików, godziny z odrobinę cichszą muzyką, przewijaki w szatniach... Niby nic wielkiego, a sprawiłoby, że byłoby łatwiej. Łatwiej wyjść z domu, łatwiej funkcjonować na siłowni. My z Alą o to nie zabiegamy, jesteśmy twardym duetem. Obchodzimy się bez tych bonusów. Bo to nie problem przewinąć czy nakarmić malucha na ławce, postawić fotelik na wykładzinie czy (tu piszę, mam nadzieję, w imieniu Ali) spać przy głośnej muzyce stojąc w foteliku na podłodze koło mamy czy taty.

Bo prawie zawsze "chcieć to móc!", prawda?

Tylko, że z tym "prawie" jest jak jest...

Ola


piątek, 27 marca 2015

Zabiegana mama - jak zrobić trening mimo wszystko.

Jestem mamą. Nawet markowy korektor pod oczy tego nie ukryje. Nie dosypiam, jem nieregularnie, w dużych porcjach i bardzo szybko. Na dodatek nie wiem czy i jak długi uda mi się zrobić trening. Ale próbuję. Mimo wszystko.

Jaka jest nasza siła drogie mamy? Ano taka, że chcąc nie chcąc (u mnie chcąc) jesteśmy na urlopie macierzyńskim. Podczas tego okresu czas jakby zwalnia, trybiki wielkiej machiny obracają się jak gdyby w zwolnionym tempie. Tempie nadawanym przez nasze dziecko. Skorzystajmy z tego. Dajmy ponieść się wydarzeniom i naszej fantazji. Potrzebne są: chęci, dobry humor i doskonała logistyka (nie zgadniecie co można znaleźć w torebce każdej matki).

Mój sposób na trening z dzieckiem? Trening podzielony na części. Ważne jest by zrobić ogólny jego zarys a później w razie potrzeby go modyfikować. 

Jak miało być w ostatnią środę? Łatwizna - trzy kółka (5,3 km jedno) wokół Malty, w tym skipy A i C w tempie ok. 5:30 min/km. Ostatnie kółko trochę szybciej, ok. 5:10 min/km.

Jak było? Inaczej ;)
  • 7 km w 5:30 min/km, w tym ostatnie 500 m skipy A i C naprzemiennie (pod koniec skip A wyglądał żałośnie w moim wykonaniu);
  • Przerwa na karmienie i przewijanie Ali;
  • 2,5 km biegiem na spotkanie z mężem na obiedzie (Malta -> Manekin);
  • Obiad (całej naszej trójki);
  • 2,5 km spowrotem (Manekin -> Malta);
  • Przewijanie Ali;
  • 5,3 km spacerem z Ewą, Alą i Witusiem, czyli ploty, ploty i jeszcze raz ploty z przerwą na karmienie Małej.
I co Wy na to?

Jeszcze kilka tygodni temu fakt, że trening, który powinien zająć mi ok. 2 godzin zajął mi cały dzień, wyprowadziłby mnie z równowagi. Dzisiaj cieszę się, że Ala ładnie spała podczas biegania, że w knajpce nie przeszkadzała nam i innym gościom zjeść, a po tym wszystkim, wieczorem, obdarzyła mnie wielkim uśmiechem mówiącym, że jej też się podobało :)

padająca na pysk Ola

czwartek, 19 marca 2015

Trening biegowy z dzieckiem

Od porodu minęło ponad 6 tygodni. Rozochocona bardzo dobrym samopoczuciem podczas ćwiczeń aerobowych i ładnie gojącą się blizną wybrałam się po raz pierwszy na aerobik, żeby poćwiczyć brzuch, bo nie wygląda jeszcze jak przed ciążą. Jako, że było to moje pierwsze samotne wyjście na ćwiczenia (chodzi mi o brak małego ssaka), wybrałam najbliżej położony domu klub fitness. Zamysł był taki, że w trakcie kiedy ja będę oddawała się zbiorowemu poceniu, Ala będzie biegała z tatą. Padło na zajęcia o nazwie "płaski brzuch". To był zły pomysł. Mięśnie jeszcze nie były gotowe na 50 minutową miazgę, a ja głupol, nie odpuszczałam, czego skutkiem był ból w okolicach blizny tuż po zajęciach. Na szczęście nic się nie stało i już następnego dnia dyskomfort minął. Powtórzę to raz jeszcze - było za wcześnie na takie obciążenia.

No i co w związku z tym? Ano to, że pozostaje mi bieganie. Raczej nie jest to zła wiadomość biorąc pod uwagę, że w planach Półmaraton Poznański (o ile jakimś cudem uda mi się zdobyć pakiet) i Chyża Durbaszka, czyli 20 km podczas festiwalu biegowego w Szczawnicy.

I tak byłam dziś pobiegać nad Maltą. Dopracowałam organizację związaną z Alą - karmienie "pod korek", odbijanie, przewijanie, usypianie, trening, jazda do domu. Powiem tak... było prawie idealnie. Zabrakło karmienia i usypiania po treningu, w związku z czym po drodze do domu musiałam zatrzymać się na mleczny piknik. Ale to nic wobec tego, że Ala dała mi przebiec ponad 10 km.

Teraz do konkretów. Przede mną dwie połówki, w czym jedna górska. Trzeba brać się do pracy, żeby nie było wstydu. Plan jest prosty. Wrócić do tempa 5:00/km. Czy się uda? Zobaczymy. Czasu jest mało.

Dziś jak już pisałam 10,6 km w tempie 5:45-5:30 min/km. Według moich obliczeń pierwsze kółko (5,3 km) pobiegłam wolniej - 5:45 min/km, przy czym ostatnie 300 m poświęciłam na skipy - 50 m skip A (wysokie unoszenie kolan), następnie 50 m skip C (pięty o pośladki) i tak na zmianę. Drugie kółko szybciej, od połowy trochę ze względu na świetną muzykę w jednym uchu, a postękiwania Ali w drugim, zaliczyłabym to jako bieg z narastającą prędkością. Średnie tempo ok. 5:15 min/km.



Gdyby mój szanowany małżonek nie traktował Garmina jako zegarka idealnego do pracy biurowej miałabym pełen obraz treningu. Może następnym razem będzie mi dane użyć tego cacka.

Chciałabym, żeby kolejne treningi wyglądały podobnie, ze szczególnym uwzględnieniem skipów albo alternatywnie podbiegów. Ostatni miesiąc nauczył mnie jednak, że nie zawsze da się wszystko zaplanować... Ale NIE PODDAJEMY SIĘ tak łatwo :-)

Ola

poniedziałek, 16 marca 2015

Bieganie nie ciąży, czyli jak kontynuję treningi



Obiecałyśmy, że napiszemy Wam, jak to u nas z tym bieganiem w ciąży było i jest. Ola dzielnie ten okres ma już za sobą i mówię Wam, że bardzo szybko i bezproblemowo wraca do formy biegowej. Z pewnością przyczyniła się do tego aktywność fizyczna, niezliczone godziny aerobików, pilatesów, treningów biegowych, basenu i determinacja, by nie traktować ciąży jak choroby.

Ja jeszcze parę miesięcy na powrót do formy muszę poczekać, ale mam nadzieję, że latem spotkamy się na którejś z imprez biegowych. Żeby tak się mogło stać (bezpiecznie i z satysfakcją), nadal biegam, modyfikując swój trening wraz z zaawansowaniem ciąży. Cały drugi trymestr, który przypadł na zimę i aurę niezachęcającą do wieczornych biegów w terenie, biegałam na bieżni.

Jak trenowałam na bieżni? Wymyśliłam sobie, że skoro nie za bardzo jest sens trenować szybszego biegania (raczej będę coraz wolniejsza niż odwrotnie) to skupię się na sile biegowej. Pisałam Wam, że to co się zmieniło to potrzeba dłuższej rozgrzewki. W ciągu takiej właśnie 25 minutowej rozgrzewki biegałam wolnym tempem, tj. 7 km/h ok 2 km po czym zwiększałam nachylenie bieżni do 10% i… zwalniam tempo do 5 km/h. Po 10-15 min znowu zwiększałam nachylenie do 15% tym razem (max na tej bieżni, na której biegałam) i czasami udawało mi się utrzymać wcześniejsze tempo, a czasem musiałam zwolnić do 4,5-4 km/h. I tak wspinałam się pod górę kolejne 10 min. Po takiej rozgrzewce czułam się już rozruszana na tyle, by przez pozostałe 30 min treningu biec w tempie 9 km/h i jeśli miałam dobry dzień to ostatnie 10 min podkręcałam do 10 km/h, co wywoływało taką erupcję endorfin, szczęścia i dobrego humoru, że kończyłam trening z uśmiechem od ucha do ucha i wielką satysfakcją!

Dodatkowo, raz w tygodniu starałam się biegać na dworze. W drugim trymestrze (i teraz na początku trzeciego) nie miałam i nadal nie mam problemu, by przebiec 10-12 km. Może związane jest to z tym, że raczej życiowego tempa nie zwolniłam i do tej pory w moim funkcjonowaniu niewiele się zmieniło. Coraz częściej odczuwam wprawdzie, że przydałoby się więcej odpoczynku, szczególnie w okresie wzmożonej aktywności zawodowej, ale nadal nic mnie tak nie regeneruje jak sport!

Trzeci trymestr - odkąd mamy tak dobrą pogodę biegam teraz w zasadzie tylko w terenie (może wrócę na bieżnię jeszcze, by trochę potrenować siłę biegową, ale na razie wolę się dotleniać na świeżym powietrzu). W 7 miesiącu ciąży dalej biegam i nie sprawia mi to żadnego dyskomfortu. Owszem, tempo bardzo spadło (do średnio ok 7:20-7:30 min/km), ale nie mam żadnych zadyszek ani innych dolegliwości, a nawet jak już się dobrze rozgrzeję i ustabilizuję tętno to znowu mogę biec i biec! Z tą nadzieją wypatruję startu w półmaratonie w Poznaniu.

Co się jednak znacznie zmieniło – nie jestem w stanie (przez rosnący brzuch) wykonywać wszystkich ćwiczeń rozciągających, więc sesję rozciągania musiałam nieco zmodyfikować. To bardzo ważna część mojego treningu i myślę, że tym bardziej w ciąży nie powinno się jej zaniedbywać. Inne zalety z biegania? Brak dolegliwości typu ból pleców, puchnięcie nóg, obrzęk kostek. Mogę sobie podarować wszystkie „kalendarze ciąży” i informacje typu: „jak zmienia się twoje ciało” bo moje nadal mi dobrze służy, cieszy małym przyrostem wagi i dobrym stanem więzadeł.

Z chęcią włączyłabym do treningów jakąś aktywność w stylu ćwiczeń wzmacniających poszczególne partie ciała, ale nie miałam szczęścia trafić w swojej okolicy na tak ciekawe zajęcia, bym na dłużej się w nie wciągnęła. Wybieram się niebawem w góry i tam będę uskuteczniała siłę biegową. Ten patent sprawdził się w zeszłym sezonie, więc i tym razem liczę na dobry wpływ trekkingu na kondycję.

I jeden komentarz na koniec – jeśli przed ciążą nie byłyście aktywne fizycznie to to nie jest czas, by się zmieniać w sportsmenkę i forsować organizm nieprzyzwyczajony do takiego wysiłku. Wtedy bezpieczniejszy jest basen czy joga. Jeśli jednak wcześniej trenowałyście (nie mam na myśli spaceru czy przejażdżki rowerem po parku, a regularne treningi wytrzymałościowe związane z trenowaniem danej dyscypliny sportu) to zachęcam Was, jeśli się dobrze czujecie i nie ma medycznych przeciwwskazań, do kontynuowania aktywności sportowej z odpowiednio zmodyfikowaną intensywnością.

A na koniec przeogromne podziękowania dla Grzegorza, który mocno mnie wspiera i mobilizuje, by nie rezygnować w ciąży z tego, co się lubi i z własnych pasji! Na moje żale, gdy czasem się trochę gorzej czuję, zawsze mówi: „to może idź pobiegać!”. Takiego partnera Wam życzę!
Ania

czwartek, 12 marca 2015

O przedłużającym się roztrenowaniu


Po maratonie poznańskim (w październiku zeszłego roku) postanowiłam wraz z roztrenowaniem fizycznym odetchnąć także psychicznie od biegania. Po intensywnym sezonie biegowym – bardzo satysfakcjonującym – potrzebowałam trochę od biegania uciec. Głównie głową. Nie byłam zmęczona fizycznie, wręcz przeciwnie – ochota na ruch rosła wraz z każdym pokonanym kilometrem. A im bardziej scenerią były góry i lasy, tym lepiej się czułam. Ale w pewnym momencie ogarnianie tej całej logistyki dojazdu na zawody i mobilizacji treningowej zmęczyło moją głowę. Dlatego po październikowym starcie w maratonie, który był ostatnim z zaplanowanych biegów, odpuściłam sobie zarówno treningi jak i blogowanie. A że sezon zakończyłam w barwach Pink Power, wygrywając parę butów, byłam naprawdę usatysfakcjonowana i spełniona biegowo!


Moje barwy biegowe :)

Moje myśli zaprzątał też pewien mały biegacz… zmuszany do biegania, gdyż nikt go nie pytał, czy chce, ale po jego zachowaniu oceniałam, że całkiem mu się to podoba i jak najbardziej służy. W końcu nie każdy ma okazję być finiszerem dwóch maratonów w kategorii…. prenatalnej! Niektórych w bieganiu stopuje kontuzja, innych ciąża. Jestem zdecydowanie zwolenniczką tego drugiego rozwiązania. Jak już pisałam, do Biegaczek w czerwcu dołączy kolejny mały biegacz. W grupie raźniej, więc na pewno dużo we czwórkę będziemy trenowali.



Pani Maria to najlepszy dowód na to, że bieg to zdrowie!
Moje roztrenowanie idealnie zbiegło się z końcem pierwszego trymestru ciąży, więc dobrze się złożyło i szczęśliwie przebrnęliśmy ten najbardziej newralgiczny okres, zaliczając w tym czasie dwa maratony (Forest Run na dystansie 44 km i Maraton Poznański). Uważam, że na moje dobre samopoczucie i całkowity brak dolegliwości ciążowych ogromny wpływ miało właśnie bieganie. I ma nadal! 


Zakończenie sezonu 2014 - Bieg Sylwestrowy
Zasada, że ruch to zdrowie ma zastosowanie do każdego, w tym do biegających przyszłych mam. Tym z Was, które biegają i znają swój organizm, potrafią go słuchać i nie robią nic wbrew sobie, będę polecała kontynuowanie biegania. Ja sama, oprócz listopadowego roztrenowania, nie przestałam trenować. Inne to treningi, krótsze i mniej intensywne, ale pozwalające utrzymać kondycję i kontynuować pasję.


Jak wygląda takie bieganie ze współlokatorem? Zimowe miesiące bardziej sprzyjały bieganiu na bieżni niż w terenie, więc większość treningów w ciągu tygodnia robiłam właśnie tam. Zmieniło się to, że potrzebuję teraz więcej czasu na rozgrzewkę i poświęcałam na nią nawet 25 min (na bieżni) i teraz kiedy biegam już w terenie – ok 5 km. Po tym czasie mój oddech i tętno stabilizują się i mogę wejść na wyższe obroty. Które siłą rzeczy są niższe niż wcześniej, ale nie ma co przesadzać – na kolejny start z prawdziwego zdarzenia muszę poczekać jeszcze przynajmniej pół roku, więc moim celem teraz jest utrzymanie jak najlepszej formy fizycznej. I start w półmaratonie poznańskim w kwietniu. Mam nadzieję, że dotrwam do tego czasu w takim stanie, że dam radę pokonać ten dystans. Zakładam, że może pierwszy raz w życiu wypróbuję metodę Gallowaya, ale dobre i to!

W kolejnym wpisie przedstawię jak dokładnie wyglądał mój zimowy trening.

Ania